środa, 1 lipca 2015

Rozdział IV

Znasz to uczucie, kiedy w kieszeni otwiera ci się nóż? Gdy widzisz własną rodzoną siostrę na ślubnym kobiercu z mężczyzną za, którego wychodzi za mąż z przymusu?  Właśnie tak samo czuła się siedemnastoletnia Tanya Aleksandrow, siostra Rosalie.
Rosalie popatrzyła na Tanyę z bólem w oczach, lecz Tanya odwróciła wzrok. Mogła temu zapobiec. Mogła nie dopuścić do ślubu. Biła się z myślami.
-Zdradziłam własną siostrę. -pomyślała.
 Przesunęła rękę bliżej sztyletu, który ukryła pod połami kremowej sukienki, którą wybrała dla niej jej siostra. Była piękna, długa z krótkim w tym samym kolorze co sukienka - bolerkiem zapinanym na małe guziczki w kształcie diamentów.
Miała plan, by zabić męża Rosalie po tym jak się pobiorą, tuż po weselu, lecz w pewnym momencie rozległ się potworny krzyk Rosalie, gdy sekundę później już jej nie było. Ani jej ani Tanyi. 
Tanya pojawiła się na jakieś łące. Wiedziała tylko tyle, ze obudziła się na trawie, ale złapała się na tym, że  nic więcej nie pamięta.Poklepała się po pasku gdzie miała sztylet. 
- Tak, dalej tam był. -  powiedziała.
Wstała i zaczęła doprowadzać się do porządku. W jej włosy wplątany był mech, gałęzie, liście. Sukienka była porwana i pobrudzona w trawie. A bolerko? Bolerko zniknęło.
- Wyglądam żałośnie. - mruknęła pod nosem. -
Lecz nie mogę o tym teraz myśleć. Muszę odnaleźć Rosalie, schronienie, pożywienie. Jakąś cywilizację, chociażby najmniejszą wioskę. - pomyślała.
Usłyszała jak jakaś dziewczyna do niej krzyczy rzucając się jej w ramiona. To była Rosalie. 
-Tanya! - Tanya! Jesteś! 
-  Jestem, spokojnie. Już nie histeryzuj. Spokojnie. Rozejrzyjmy się w poszukiwaniu innych. Mam broń, spokojnie.
- Po co ci była broń na weselu?
- Nieważne. Chodź.
Siostry ruszyły wgłąb lasu. Co ich tam czeka? Czy kogoś spotkają?   

czwartek, 28 maja 2015

Rozdział III

Tata uśmiechnął się do córki pocieszająco i podał jej ramię, które ujęła drżącą ręką.
– Boję się, tato – szepnęła. – Naprawdę się boję.
Nie kłamała. Na ołtarzu czekał na nią o dobre dziesięć lat starszy mężczyzna, którego nawet nie kochała. Przyjęła jego oświadczyny tylko dla rodziny, która chciała aby wyszła za wysoko postawionego mężczyznę. Nie mogła zaprzeczyć, był przystojny. Miał czarne włosy zaczesane do tyłu, a brązowe oczy spoglądały na nią z podziwem i... czymś jeszcze. Zadrżała, kiedy domyśliła się co to: pożądanie. Poczuła obrzydzenie do swojego przyszłego męża. Gdyby mogła cofnąć się w czasie i nie przystać na jego propozycje, zrobiłaby to.
–Nie przejmuj się. Niedługo będzie po wszystkim. – Wolną ręką pogłaskał jąpo policzku. – Będzie dobrze – szepnął i wyprostował się.
Rozbrzmiały pierwsze tony Marsza Weselnego. Rosalie wzięła kilka głębokich wdechów i wbiła wzrok w ołtarz. Postawiła pierwszy krok, który wydał jej się najgorszym krokiem w jej życiu. Razem z ojcem szła ramię w stronę przyszłości, która stała pod znakiem zapytania. Wszystkie spojrzenia były w nią wlepione. Wiedziała, że prezentuje się świetnie w rozkloszowanej sukni ze złotymi zdobieniami. Wraz z Madeline, służącą i zarazem jej przyjaciółką,stwierdziła, że włosy najlepiej będą prezentowały się zaplecione w warkocza. Jedynie kilka kosmyków okalało jej twarz, nadając jej uroczego wyglądu. Welon, który miała wpięty we włosy, ciągnął się za nią, przypominając jej utraconą drogę.
Zdecydowanie za szybko dotarła do ołtarza. Tata ucałował ją w czoło i zajął swoje miejsce. Przywołała na twarz uśmiech i stanęła twarzą w twarz z hrabią Geogre'em Frideric'em Henry'm Joceanel, który uśmiechał się obleśnie. Obawiała się dzisiejszego wieczoru. Zajęli swoje miejsca, po czym rozpoczęła się msza. Była ledwo żywa. Ocknęła się dopiero, gdy ksiądz poprosił ich o powstanie. Ksiądz zadawał pytania, na które, wraz z George'em machinalnie odpowiadała „Tak, chcemy”, a gdy przyszła jej kolej na wypowiedzenie słów przysięgi, po prostu się zacięła, jednak spojrzenie jej narzeczonego przywołało ją do porządku.
– Ja, Rosalie, biorę sobie ciebie, George'a, za męża – powiedziała na pozór pewnym głosem.
I na tym skończyła. Po części dlatego, że nie chciała powiedzieć więcej, a po części dlatego, że żołądek zacisnął jej się supeł, a z gardła nie mogła wydobyć głosu. Kiedy w końcu jej się to udało, był to przeraźliwy krzyk. Pierwszy, ale nie ostatni. Po chwili niemal wszyscy do niej dołączyli. Ostatnią rzeczą jaką zobaczyła, zanim wciągnął ją wir, były przerażone twarze jej najbliższych: mamy, taty i Tanyi.
Trwało to może kilka sekund. Zanim się zorientowała, wir wyrzucił ją na ciemną polanę. Przewróciła się i potoczyła kilka metrów dalej. Podniosła się z chłodnej ziemi i wytarła dłonie w, niegdyś białą, suknię. Rozejrzała się dookoła, mając nadzieję, że wylądowała przed kościołem, jednak po chwili zdała sobie sprawę, że to niemożliwe i powinna zorientować się już na początku. Po pierwsze było tutaj ciemno i wszędzie były drzewa. Była w lesie. Po drugie, panowała tutaj przerażająca cisza, której nigdy nie było w Londynie, w którym mieszkała. Zdjęła niewygodne buty i przeszła kawałek. Nic. Nikogo. Zastanawiała się, jak wróci na ślub, ale akurat to było jej najmniejsze zmartwienie. Zagłębiała się coraz bardziej w las i nie czuła się z tym najlepiej. Zdecydowanie pewniej czułaby się, gdyby miała przy sobie swoją szablę, jednak ta została w jej pokoju. Szła szybkim krokiem, rozglądając się z niepokojem po okolicy. W pewnym momencie zahaczyła nogą o wystający konar i sturlała się z górki. Kiedy się zatrzymała z ciekawością rozejrzała się po nowym otoczeniu. Wstała, pojękując z bólu i ruszyła dalej. Weszła  na dużą polanę, przypominającą poprzednią. Na niej zobaczyła piękną dziewczynę z burzą loków, w kremowej sukience.
– Tanya! – krzyknęła i dobiegłam do niej, lekko utykając. – Dziękuję Ci Boże, że tu jesteś! – Przytuliła siostrę, a kiedy się odsunęłam, zalała ją pytaniami:
– Gdzie my jesteśmy? Jak tu trafiłyśmy? Rodzice wściekli się gdy zniknęłam?
Tanya słuchała cierpliwie. W pewnym momencie Rosalie zacięła się i zorientowała się, że zachowuje się jak dziecko, a Tanya również nie zna odpowiedzi na jej pytania.
– Przepraszam, to te nerwy. Wiesz, przed chwilą miałam wyjść za mąż, a teraz jestem w jakimś lesie. – Uśmiechnęła się kwaśno.
– Jeśli już skończyłaś, to teraz się rozejrzyj – rzuciła z lekkim uśmiechem siostra.
Posłuchała jej i widok rozchylił jej usta. Polana była naprawdę dużych rozmiarów. Na ziemi były wyryte nieznane symbole. W okolicy nie było żadnych roślin. A na samym środku znajdował się wielki obelisk. Rosalie podeszła do niego i uważnie mu się przyjrzała. W krzakach rozległ się szelest.
– Chodźmy stąd. Nie podoba mi się tu. – Złapała Tany'ę za rękę i pociągnęła ją w las.

sobota, 11 kwietnia 2015

Rozdział II

Zapowiadał się całkiem przyjemny dzień w mieście, o którym wszyscy już dawno zapomnieli. Niska, drobna dziewczyna o śniadej cerze z burzą czarnych, krótkich włosów na głowie, okalanych pojedynczym, białym pasemkiem szła przez szerokie uliczki, kierując się w stronę wielkiego wodospadu. Jej twarz o niemal dziecięcej urodzie ozdabiał uśmiech, a jej wielkie szare oczy błyszczały się szczęśliwie ze względu na obcowanie z przyrodą. Dotarła na skraj lasu, gdzie podążyła cienkimi ścieżynkami na sam szczyt wodospadu. Idąc przez tą piękną, małą krainę, pełną zwierząt i roślin, podziwiała naturę. Listki potężnych drzew powiewały na wietrze, przez szpary w leśnym poszyciu wyglądało światło wielkiego kryształu zawieszonego u sklepienia przeogromnej jaskini, a po miękkiej trawie przemykały małe, urocze stworzonka o długich ogonkach i stojących uszach. Docierając do wodospadu dało się posłyszeć szum wielkiej wody, który echem pobrzmiewał pośród drzew. Dziewczyna weszła na wysoką skałę, której czubek wisiał wprost nad urwiskiem, z którego wypływało źródło. Stanęła na jej końcu, rozpięła długą, ozdobną, błękitną szatę, ozdobioną wzorem herbu królewskiego zrobionego z małych kamieni szlachetnych i odetchnęła głęboko. Z tego miejsca mogła podziwiać w pełnej okazałości piękną Atlantydę. Tak, to właśnie było to zaginione miasto. Aż po horyzont rozciągała się bezkresna powierzchnia krystalicznie czystego morza. Na środku groty widniało kamienne podwyższenie zajmujące mniej więcej dwie trzecie obszaru. Było to miasto, którego dźwięki przynosił aż tutaj rześki wiatr. Delahn słyszała śmiech dzieci, zamieszanie panujące na targu, a także ciche pokrzykiwania poławiaczy ryb. Spojrzała jeszcze na wielki, niebieski kryształ, wiszący wysoko nad miastem, unoszący się tuż pod sklepieniem wielkiej groty, dzięki przodkom, który utrzymywał całą atlantydzką społeczność przy życiu. Wciągnęła jeszcze raz świeże, górskie powietrze, poprawiła fioletowo - czarną przepaskę na biodrach i ... skoczyła. Wyciągnęła ręce przed siebie i czując wolność i wielkie szczęście zakrzyknęła głośno, dając płucom miejsce na nową porcję orzeźwiającego powietrza. Takie spadanie napełniało ją spokojem i radością. Był to cotygodniowy obrzęd podczas, którego się oczyszczała i przygotowywała na wszelkie trudności nadchodzącego tygodnia.
   Wpadając do wody wywołała wielki plusk, ochlapując piorące na brzegu kobiety. Gdy się wynurzyła, spostrzegła wyraz dezaprobaty na ich twarzach, który chwilę później zastąpił przyjazny uśmiech. Podpłynęła do brzegu i wyszła na miękki, ciepły piasek, który przesypywał się pomiędzy palcami na każdym kroku. Pozdrowiła praczki i pobiegła do swojego domu, śmiejąc się beztrosko. Teraz czekał ją trening z mistrzem Ashakiro. Nie chcąc się spóźnić, weszła do domu i odrazu pognała do zbrojowni, po drodze witając się z bratem. Otworzyła wielkie, kamienne wrota i przecisnęła się przez szparę między nimi, wstępując do wielkiego pomieszczenia obwieszonego różnymi rodzajami broni. Było tam wszystko co można sobie wymarzyć. Od małych noży do rzucania, przez długie kordelasy, aż po wielkie topory i maczety. Była tam także broń dystansowa, jak łuki, kusze, kule z łańcuchami i dmuchawki na trujące strzałki. Atlantydzi nie prowadzili wojen, bo niby z kim? Zawsze jednak starali się być przygotowani na wszelką ewentualność. Byli miłym, rodzinnym i przezornym ludem. Już raz spotkał ich kataklizm. Nie chcieli dopuścić do tego znowu. Delahn uważała, że sztuki walki to dla niej tylko hobby, ale gdyby ktoś ją spytał, czuła się zobowiązana poświęcić za swój lud. Wkońcu należała do rodziny królewskiej - jej ojciec był bratem obecnego władcy. Szybko podbiegła do swojej ulubionej ściany, całej obwieszonej siekierami i toporkami różnego rodzaju. Wybrała średni topór o jednym długim, lśniącym ostrzu z rękojeścią ozdobioną wyżłobionymi obrazkami, przedstawiającymi historię Atlantydy. To była jej ukochana broń, nawet zawiesiła na niej naszyjnik swojego brata, żeby zawsze o nim pamiętać. W jej 17 urodziny miała dostać jeszcze po połowie naszyjników swojego ojca i matki. Drugie połówki dostał jej starszy brat. Przypomniała sobie, że miała się pospieszyć, więc szybko złapała kilka shuriken'ów do kieszeni i wypadła z domu, sprintem kierując się na arenę. Jej płaszcz łopotał na wietrze, kiedy gnała uliczkami pod pałac. Wbiegając na arenę, prawie zderzyła się z jakimś początkującym, przeprosiła w pośpiechu i wyminęła go kierując się do swojego mistrza.
   Zbliżając się do Ashakiro zauważyła, że jego zazwyczaj pomarszczoną twarz przecina kilka dodatkowych bruzd. Wąskie usta miał zaciśnięte, a jego czarne oczy wpatrywały się w jakiś punkt za nią. Odwróciła się i zrozumiała czemu przygląda się jej trener. Na arenę wchodził wysoki, dobrze zbudowany chłopak, dwa lata starszy od niej. Miał bujne, kasztanowe włosy przystrzyżone za prawym uchem i zielone oczy, w których migotała złośliwa iskierka. Zbliżał się do nich, pozdrowił jej mistrza i lekko skłonił głowę w jej kierunku. Okazało się, że jest jej dzisiejszym przeciwnikiem. Już się cieszyła na to starcie. Ashakiro kazał obojgu stanąć po przeciwległych stronach areny i wyjąć swoją broń. Delahn z przyjemnością sięgnęła do pochwy i wyjęła swój topór. Chłopak zadowolił się zwykłym mieczem. Rozpoczęli walkę.
   Dziewczyna gładko posługiwała się bronią, jej ruchy były płynne i starannie wymierzone, jej przeciwnik zaś nacierał ze zwierzęcą gwałtownością, celując gdzie popadnie, byleby trafić. Ashakiro wykrzyknął jakąś uwagę, ale ona nie usłyszała, gdyż pochłonął ją wir walki. Nagle usłyszała głośny grzmot, odwróciła głowę, żeby się rozejrzeć co go spowodowało i ten moment nieuwagi wykorzystał jej przeciwnik. Gładkim cięciem przeorał jej policzek czubkiem ostrza. Z rany zaczęła lecieć krew. Delahn czuła się upokorzona. Schowała broń i odmówiła dalszego treningu na ten dzień. Z cały czas krwawiącym policzkiem pobiegła do domu. Po drodze umoczyła rękaw szaty w strumyku i przyłożyła mokry i zimny materiał do bruzdy, żeby trochę przytępić ból i przede wszystkim zatamować krwawienie. Stojąc u podnóża schodów znów usłyszała grzmot. Tylko skąd? Przecież w Atlantydzie nie ma burz, ani deszczu... myślała. Chwyciła za klamkę i w tym momencie pochłonął ją wielki, srebrny wir i wciągnął ją w ciemność wypełnioną świstem i szumem.
   W pierwszym odruchu krzyknęła z zaskoczenia, ale po chwili zrozumiała, że (jak narazie) nie ma się czego bać. ''Leciała'' w ciemności, która rozświetlana była krótkimi, delikatnymi rozbłyskami, które zdawały się krążyć wokół niej. Panowała tu wszechogarniająca cisza, dziewczyna nie słyszała nawet swojego oddechu. Moment później powietrze jakby zaczęło gęstnieć, a cisza przeobraziła się w szum, który z każdą chwilą narastał, aż zamienił się w nieznośny pisk. Szarpnęło nią kilka razy, a później tunel wypluł ją na leśną ściółkę. Chwilę leżała wykończona, dziwiąc się, że taka podróż może być tak męcząca. Wstając otrzepała ubranie i zawiązała szatę, sprawdzając czy nadal ma przy sobie broń. Uffff... Na szczęście, co ja bym bez niej zrobiła? powiedziała w myślach, poklepując się po kieszeni nadal pełnej shuriken'ów. Rozejrzała się dookoła i stwierdziła, że to już nie jest jej las. Podłoża nie wyściełała miękka trawa, tylko igły i liście, a drzewa były niskie i mizerne. Nie było także jej ulubionych zwierzątek hasających pośród krzaków. To wszystko było jakieś dziwne, nie mogła sobie tego poukładać w głowie. Nie dowiem się co tu jest nie tak, jeśli będę stać w miejscu pomyślała i ruszyła przed siebie, uważając, żeby nie pokłuć bosych stóp. Szła przez polankę, gdy usłyszała cichy szelest w krzakach. Odwróciła gwałtownie głowę w stronę dźwięku, zatrzymała się i nasłuchiwała. Jej wzrok i słuch się wyostrzył, ruchy stały się bardziej płynne i ciche, gdy podążała za szelestem. Doszła do wysokich i gęstych krzaków, przez które nie mogła nic zobaczyć. Postawiła kolejny krok i nadepnęła na coś. Podniosła szybko stopę i schwytała leżący na ziemi przedmiot. Były to naszyjniki. Dwa krótkie rzemyki ozdobione wygrawerowanymi kawałkami kostek zwierzęcych. Znała te wisiorki. Należały do jej brata, a kiedyś do rodziców. Takie same miała dostać za 4 tygodnie. Jeśli to tutaj jest, to znaczy, że Nathan też gdzieś tu jest! Już się bałam, że będę sama... pomyślała podekscytowana i wstała szybko, szeleszcząc szatą i brzecząc shuriken'ami. Związała sznurki ze sobą i obwiązała je sobie wokół kostki, żeby ich nie zgubić. Znowu usłyszała ten dźwięk, tylko, że teraz dochodził z bliska. Odwróciła się i spostrzegła przed sobą wielką, brązową masę, kudłatego futra. Nie byłoby tak źle, gdyby ta masa się nie poruszała. Było jednak zupełnie przeciwnie. Futro wydało jakby udręczony jęk i zaczęło się podnosić. Delahn już zrozumiała, że ma do czynienia z jakimś ogromnym (prawdopodobnie też niebezpiecznym) stworzeniem. Stała nieruchomo, próbując rozpoznać zwierze. W tymczasie mostrum odwróciło się do niej i spoglądało na nią jak na swoją nastepną ofiarę. Miało małe, czarne oczka i długie, ostre zęby, a na głowie sterczące uszy, które nasłuchiwały wszelkiego hałasu, lub odgłosów ucieczki. Dziewczyna sięgnęła pod poły płaszcza, żeby dobyć broni, lecz zwierzę było szybsze i rzuciło się na nią z dzikim rykiem. Odskoczyła, ledwo unikając ostrych jak brzytwy pazurów i siegnęła do boku. Niestety atakując, zwierze wytrąciło jej z dłoni topór, który leżał teraz pod jego nogami. Muszę go stamtąd jakoś odciągnąć... Wiem! pomyślała i rzuciła się w stronę najbliższego drzewa. Zwinnie wdrapała się na gałąź i patrzyła jak potwornie wielkie cielsko rusza za nią w pościg. Zaczęła przebiegać po gałęziach szukając drzewa, na które drapieżnik mógłby się wspiąć (jeśli oczywiście umiał, ponieważ powiedzmy sobie szczerze, jej plan bazował tylko na domysłach). Znalazła wystarczająco grube drzewo i zaczęła rzucać w zwierzę szyszkami. Wściekłe stworzenie natychmiast wydało przeźliwy ryk i pognało w jej stronę. Stojąc pod drzewem, patrzyło w górę i bezradnie drapało korę wielkimi łapskami. Delahn była już przekonana, że jej plan nie wypali, więc naprędce wymyśliła drugi, który był o wiele bardziej niebezpieczny.
Zeskoczyła z drzewa ześlizgując się po pniu i wylądowała na plecach potwora. Jego sierść była szorstka i twarda, ale na tyle długa, że miała się czego trzymać. Potwór odrazu zaczął się szarpać i próbował sięgnąć zębami do jej nóg. Dziewczyna naparła na zwierzę całym ciałem, złapała mocno za szczecinę i zaczęła prowadzić biegnącego stwora w kierunku swojego toporu. Bestia cały czas próbowała zrzucić dziewczynę, ale na próżno. Zbliżając się do krzaków, gdzie upuściła broń, Delahn pochyliła się i wyciągnęła rękę, żeby ją pochwycić. Ten moment wykorzystał drapieżnik i złapał ją za rękę i pociągnął w dół. Dziewczyna spadła i przekoziołkowała kilka metrów dalej, a zwierzę pobiegło prosto, chwilę później, jednak zawracając. Nie tracąc czasu podbiegła do toporu i uniosła go w pozycji przygtowanej do ataku. Potwór biegł na nią z rozdziawioną paszczą, ukazując wielkie, ostre jak brzytwy zębiska i rozszalałe ślepia. Dziewczyna zrobiła jeden ruch rękoma i głowa zwierzęcia odpadła od jego wielkiego cielska, jeszcze w biegu. Delahn, jako, że kochała naturę, z ciężkim sercem przyglądała się swojemu dziełu. Podeszła do niego i cicho przeprosiła, podsuwając łeb do ciała, żeby nie wyglądało tak masakrycznie. Następnie wytarła broń o brzeg szaty i podążyła lasem szukając czegoś. Sama nie wiedziała co to ma być, ale gdzieś w środku wiedziała, gdzie dokładnie ma się kierować.
   Po krótkim spacerku przez leśne ścieżki dotarła na dużą polanę. Była ona jednak dość osobliwa. Nie było na niej żadnych roślin, nawet trawa nie rosła, a zastępowały ją jakieś wzory, których nie rozumiała. Na środku placu stał wielki totem, podobny trochę do tych, które stały na niektórych placach Atlantydy. Wyryte na nim widniały przeróżne sentencje w różnych językach. Większość z nich Delahn znała, ze względu na to, że Atlantydzi mówią pradawnym dialektem i uczą się wielu języków. Spostrzegła także kilka słów w swoim języku. Gdy tak zza krzaków podziwiała obelisk usłyszała jakieś głosy. Rozejrzała się bacznie i zauważyła, że po drugiej stronie polanki stoją jakieś dwie osoby i prowadzą dość niezręczną rozmowę, jak się wydawało. Obserwowała ich przez pewien czas, a gdy stwierdziła, że nie ma z ich strony zagrożenia, wyszła z ukrycia i ruszyła w ich kierunku z uśmiechem na twarzy wpatrując im się w oczy, okazując pewną wyższość i pewność siebie. Podchodząc do nich czuła na sobie zaciekawione spojrzenia. Sama też z ciekawością obserwowała nowe twarze. Pierwsze co jej się rzuciło w oczy to krwistoczerwone włosy drobnej, piegowatej dziewczyny, która stała obok przygarbionego starca, który wpatrywał się w nie z zachwytem i dumą. Po krótkiej wymianie zdań dowiedziała się, że starzec ( Fred Robinson) zbudował obelisk i przez długi czas poszukiwał wszystkich potrzebnych symboli, umieszczając je jeden po drugim w celu uaktywnienia portalu. On ściągnął tu ją i Kasandrę, a teraz one muszą odnaleźć resztę. wyruszyli więc w drogę i wkroczyli znowu do lasu. Dziewczyny szły przodem, a stary naukowiec za nimi mamrocząc coś po cichu. Mijali drzewa i krzewy, ale nikogo nie mogli znaleźć. Delahn wdrapała się na drzewo i przebiegała po gałęziach, podczas gdy Kasandra z Fred'em patrolowali na dole. Wtem usłyszała jakieś odległe głosy. Zagwizdała cicho i wskazała, żeby ci na dole poszli za nią. Szła po gałęziach zwinnie stawiając nogę za nogą. Pochylała się próbując utrzymać równowagę i jednocześnie nasłuchując głosy. Wreszcie zobaczyła w oddali jakieś postacie. Było ich około czterech. Jedna z nich wyglądała znajomo. W miarę jak się zbliżali, dostrzegali więcej szczegółów. Teraz Delahn była już pewna, że tych osób jest pięć i rozpoznawała jedną z nich. Były tam cztery dziewczyny i jeden chłopak - wszyscy z różnych epok o zupełnie odmiennym wyglądzie. Znajdując się prosto nad grupką, dziewczyna zeskoczyła i wylądowała zgrabnie na ściółce. Otrzepała szatę i wyprostowała się, odkręcając się twarzą do zebranych. Widziała zdziwienie i jednocześnie ulgę na twarzy chłopaka. Jednak jej twarz pozostała niewzruszona gdy mówiła z udawaną pretensją:
- Nathanusie Haleth Ellayan'ie co ty tutaj wyrabiasz?

poniedziałek, 30 marca 2015

Rozdział I

  Znasz to uczucie, kiedy żołądek owija ci się wokół gardła? Gdy spadasz w bezdenną przepaść, zamykającą cię w swoich okrutnych kleszczach? Kiedy nie widzisz nadziei i machasz rękami, próbując cokolwiek zrobić, bo w głowie kotłuje ci się tysiąc myśli na sekundę?
  Nastoletnia Kasandra do tamtej chwili nie wiedziała, że istnieje takie uczucie jak strach. Bez cienia wątpliwości wchodziła w najciemniejsze zagajniki, walczyła z mężczyznami kilka razy większymi od siebie i nigdy nie pomyślała, że jest to coś przerażającego. Do tej pory nie znała tego słowa, może jedynie z opowieści ubogich wieśniaków. Już dawno została wyleczona ze strachu- w końcu była jedną z początkujących wojowniczek Artemidy, nieustraszonej bogini łowów a ta kobieta nigdy się nie poddawała czemuś takiemu jak przerażenie.
  Mimo to Kasandra wbrew sobie wrzasnęła i rozłożyła ręce, aby stawić jakiś opór, choć doskonale wiedziała, że jest to działanie bezcelowe. Nie mogła się skulić- w ten sposób tylko szybciej uderzyłaby o ziemię. Czy cokolwiek co znajduje się na samym dnie tej dziury.
  Kiedy już myślała, że to się nigdy nie skończy poczuła jak coś dosłownie wsysa jej ciało i wyrzuca... na łąkę. Nim zdążyła zareagować, uderzyła całym swoim ciężarem w nasączoną wodą trawę i jęknęła z bólu. Nie złożyła jeszcze wszystkich ślubów, więc jej ciało nadal reagowało na najzwyklejszy ból, który dla Artemidy był porównywalny z ukąszeniem biedronki.
  Gdzie ja jestem? Gdzie moja wioska? Te pytania  (a także wiele innych) kotłowały się w głowie, obijały niczym chmara szarańczy, sprawiały niemalże fizyczny ból. Zwinęła się w kłębek, aby jakoś nie myśleć o bólu i zacisnęła powieki. I pomyśleć, że przed chwilą pojedynkowała się ze swoim... ekhm, narzeczonym? Chyba tak mogła go nazwać. Nie wiedziała co o tym wszystkim myśleć.
  A ten dzień z pozoru wydawał się taki normalny. Jak zwykle wstała rano na poranną przebieżkę przez las, rosnący tuż obok jej wioski i potrenować strzelanie z łuku. To była dla niej codzienność- śluby miała złożyć dopiero za miesiąc, ale już od dawna przygotowywała się do swojej roli. Co prawda najpierw musiała udowodnić, że jest gotowa, aby dołączyć do swojej mentorki, ale nie chciała czekać. Zostanie wojowniczką było jej największym marzeniem... można powiedzieć od dzieciństwa. Między innymi dlatego musiała bezustannie trenować i dążyć do fizycznej doskonałości. Choć nie była zbyt wysoka to swój niski wzrost nadrabiała szybkością. Chciała wszystkim udowodnić, że jej mała postura to tylko iluzja a ona sama może być niezwyciężona.
  Jednak (jak można było się domyślić) jej rodzice wobec niej mieli zupełnie inne plany. Kasandra Selancja z arystokratycznego rodu Kasiuszów od dzieciństwa była przeznaczona do małżeństwa i jej opiekunowie nie zgadzali się bynajmniej z jej własną wizją przyszłości. Uważali, że są to urojenia dojrzewającej kobiety i powinna sobie znaleźć męża, który będzie ją chronił. Choćby nie wiadomo jak mocno ich przekonywała, że sama potrafi o siebie zadbać oni i tak mówili swoje. Między innymi dlatego poświęcała całe dni na doskonaleniu umiejętności łowiectwa i siły fizycznej. Za każdym razem gdy poruszali ten temat, kończyło się to kłótnią, głośną na całą wioskę. Wolała unikać publicznego rozgłosu.
  Jednak niestety pech się zdarzył, że właśnie tego dnia przez przypadek ustrzeliła jedną z kóz wybranka jej rodziców- Hernesa Waleriusza, który na widok dziewczyny zaczął się do niej zalecać (jak uważała) w niezwykle prostacki sposób. Poza tym szantażem chciał ją zmusić do zaręczyn- w zamian za przemilczenie sprawy miała zgodzić się na jego oświadczyny i porzucić swoje marzenia. Dlatego wyzwała go na pojedynek a stawką było zachowanie dziewictwa i dotrzymanie ślubów.
  Jednak nie wiadomo czemu w samym środku walki, gdy już przystawiała swój miecz do jego gardła i miała obwieścić koniec pojedynku, jakby niewidzialna ręka poderwała ją z ziemi i zabrała w ten bezkresny wir. Nikt nie rzucił się jej na pomoc- wszyscy jedynie zaczęli klękać jak przed bóstwem i prosić o litość.
  A co biedna Kasandra mogła zrobić? Chwytając się rozpaczliwie wszystkiego co udało jej się złapać po drodze, gorliwie prosiła o wybaczenie czy jakąkolwiek pomoc. Wpierw myślała, że to Zeus postanowił ją ukarać za (być może) zuchwalstwo wobec mężczyzny. Jednak czy ten wir mógł być dziełem jakiegokolwiek znanego jej boga? Bardzo w to wątpiła, bo w końcu gdyby któryś z nich chciał ją ukarać to już dawno byłaby nad rzeką Styks a to bynajmniej miejsce nie przypominało Hadesu. Jeśli tak wyglądałoby królestwo umarłych to o stokroć wolałaby je od zatęchłego pałacu Hernesa. Byle nie wpaść w łapy tego obrzydliwego mężczyzny.
  Ale skoro nie była już w swojej wiosce czy nawet w jej pobliżu to gdzie? Z lekkim wahaniem powoli otworzyła jedną powiekę a zaraz potem kolejną tak, aby obraz nabrał ostrości. Przez chwilę wszystko widziała jakby za mgłą, jednak gdy odzyskała ostrość widzenia nie wiedziała co było lepsze.
  Bo miejsce to miało według niej pewien specyficzny urok. Nie przypominało ono żadnej z polanek, leżących przy wiosce a drzewa rosnące wokół naturalnego placyku nie przywodziły na myśl jakiegokolwiek znanego jej gatunku roślin. Wszystko tutaj było inne, tak odmienne. Słońce wisiało wyżej na niebie niż zwykle, oblewając okolicę złotym blaskiem, pobudzającym ukryte w pączkach kwiaty, wyciągające się ku słońcu. Powietrze nie było przesycone zapachem morza tylko słodką wonią żywicy przez co w jej głowie rozdzwonił się czerwony alarm. Skoro nie była blisko morza to nie mogła być jej mała spartańska wioska. O nie, była w zupełnie innym miejscu. To napawało ją jeszcze większym przerażeniem niż ta ,,wędrówka'' choć nie chciała po sobie tego pokazywać.
  Starając się ukryć tłumiące się w niej uczucia, odsunęła swoje ognistoczerwone loki na bok i wstała, uprzednio poprawiając swoją męską tunikę (na walkę przecież nie mogła założyć chitonu), aby rozejrzeć się po okolicy. Pierwsze czego nauczyła się przez ten czas próby u Artemidy to szybkie rozeznanie w terenie, które niejednokrotnie może uratować ci życie. Co prawda w takich miejscach powinna czuć się jak w domu, ale jakoś nie mogła się tutaj odnaleźć. To był zupełnie inny świat. A stojący na przeciwko niej mężczyzna tylko utwierdził ją w przekonaniu, że jest tu coś nie tak.
  Jednak może nie tyle zgarbiona postura człowieka i dziwne, opierające się na jego nosie... kawałki drewna ją zszokowały, co jego ubiór. Nie był to żaden ze znanych jej rodzajów męskich szat. W ogóle człowiek stojący niedaleko niej nie przypominał żadnego greckiego mężczyzny. Zamiast przystrzyżonej brody, jego szczeciny nie pokrywał żaden zarost; białe włosy sterczały we wszystkie strony jakby poraził go piorun z nieba a bladozielone oczy wyrażały tak głębokie zmęczenie, że aż się odsunęła. Wszyscy znani jej faceci byli pewni siebie, odważni i nie przypominali szkarad. Z kolei on był... inny, zmęczony swoją egzystencją. Nie dumny czy wyniosły, ale spokojny i cichy. Coś tutaj musiało być naprawdę nie tak a ból tylko potwierdzał, że to nie były żadne zwidy a rzeczywistość.
- Kim jesteś?- spytała, zachowując skuloną pozycję. Choć facet nie wyglądał na silnego to jednak zawsze wolała być gotowa do ataku. Ot na wszelki wypadek.
- Witaj w przyszłości.- odpowiedział z zagadkowym uśmieszkiem na twarzy.
- Na Zeusa, jakiej znowu przyszłości? Gdzie ja jestem? Co tutaj robię?
  W odpowiedzi jedynie wskazał ręką na stojącą za nim... bramę? Albo przynajmniej coś co ją przypominało. Kasandra nigdy nie widziała tak misternych i odmiennych wzorów, choć po dłuższym czasie rozpoznała parę liter ze swojego języka. Mimowolnie przejechała palcem po rozświetlonej gammie.
- Co to jest?
- Portal. To przez niego się tutaj znalazłaś. Jak się nazywasz?
- Kasandra Selancja, przyszła strażniczka królowej lasów i wszelakiej natury, Artemidy.- na znak pokory skłoniła delikatnie głowę i ukłoniła się z gracją. Może i nie była w Sparcie, ale rodzice nauczyli ją szacunku do osób starszych.- A pan?
- Jestem profesor Fred Robinson. Witaj w XXI wieku a dokładniej w Las Vegas w Ameryce.
  Przez chwilę Kasandra patrzyła się na mężczyznę jak na szaleńca. Czyżby był tak stary, że plótł takie bzdury?
- Przepraszam, ale pan się myli. Jest rok 483 rok przed naszą erą! I nie ma żadnej Ameryki ani Las Vegas! Nawet ja, kobieta to wiem! W co pan chce mnie wciągnąć?
- Nie wierzysz mi?- staruszek uśmiechnął się dobrodusznie i pokazał ręką otaczającą ich okolicę.- Jesteś Spartanką, ale to miejsce wcale nie przypomina twojej ojczyzny, czyż nie? Nie słychać morza, kołyszącego się w oddali, kompletnie inny klimat. Jeżeli nadal nie wierzysz to wsłuchaj się w mój głos. Ja się posługuję na co dzień zupełnie innym językiem, ale przez wieki uczyłem się greki, aby móc się z tobą porozumieć. Język starogrecki nie jest używany już od wieków. Rozumiesz co mówię?
   Jedyne na co się zdobyła dziewczyna to na pokiwanie głową. Czuła jak na jej ramieniu pojawia się gęsia skórka. We wszystkim ten facet miał rację. Jego akcent nie był taki jak jej czy chociażby podobny a to miejsce nie przypominało żadne z miejsc, które znała. Gdy była mała wraz z ojcem przemierzyła niemalże całą Spartę i zawsze te wszystkie miejsca miały cechy wspólne, specyficzną atmosferę po której od razu mogła poznać, że jest w domu a tutaj bynajmniej się tak nie czuła.
  Poza tym to w pewien sposób wyjaśniało całe to zdarzenie. Logika nie istniała w jej świecie, w końcu wierzyła w wielu bogów i to, że potrafią przybierać różne postaci. Taka sztuczka w ich wykonaniu nie byłaby dla niej wielkim szokiem.
  Jednak stojący obok niej człowiek na pewno nie był bogiem. Był zwykłym człowiekiem, który w jakiś sposób otworzył bramy czasu... Ale nie. On nie mógł być zwykły. Żadna zwyczajna istota nie mogłaby dokonać czegoś takiego. Wiedziała, że wszyscy ludzie mają w sobie jakiś pierwiastek twórczy, ale nikt poza bogami nie potrafił tworzyć czegoś z niczego! Niby wszystko łączyło się w spójną całość, ale czuła że brakuje jej jeszcze jakiegoś elementu układanki. Ale czego?
  Pan Robinson widocznie domyślił się nad czym tak się zastanawia, bo wyjął ze swojej kiszeni dłoń i odwrócił ją wierzchem w stronę Kasandry. Na początku nie wiedziała o co mu chodzi, dopóki nie dostrzegła co się znajduje na jego dłoni oraz paru innych detali.
  Jeszcze nigdy nie widziała tak dziwacznego znaku. Przypominał kształtem rozwinięty kwiat lilii, jednak zamiast płatków po skórze starca biegły dziwaczne linie, skręcające się w spirale, tworzące jakiś wyraz w nieznanym jej języku. Poza tym dopiero teraz dostrzegła, że jego uszy są nieco zbyt spiczaste a odcień jego skóry miał niecodzienny mleczny kolor, jakby ktoś wykąpał go w białej farbie. Cały ten wygląd jak i zaistniała sytuacja tylko utwierdziły Kasandrę w przekonaniu, że coś z nim jest nie tak.
- Kim... kim pan jest?- spytała. Pierwszy raz od wielu lat lekko zadrżał jej głos.
- Na pewno nic ci nie mówi słowo ,,czarownik''.- poklepał Spartankę po ramieniu i wyciągnął przed siebie rękę. Nie wiedziała na co patrzeć dopóki z palców mężczyzny wystrzeliły kolorowe iskry, mieniące się w blasku słońca. Kasandra z trudem powstrzymała się od jakiegokolwiek ruchu.- Widzisz, ja żyję już tysiące lat i mam pewien cel. My czarownicy posługują się magią. Można nas uznać za herosów, gdyż w zasadzie jesteśmy potomstwem nie tyle Boga co...- zawiesił głos- innej istoty i człowieka. Wytłumaczę ci to w miedzy czasie, najpierw musimy odnaleźć twoi nowych znajomych.
- To sprowadziłeś nas więcej?- jej głos podniósł się o oktawę.
  Robinson spojrzał na nią niemalże z litością.
- Bystrością nie grzeszysz. Myślisz, że ten portal nadal by działał, gdybym tylko ciebie potrzebował? W każdym razie niestety nie do końca stało się tak, jakbym sobie tego życzył. Reszta jest rozsiana gdzieś po okolicy i muszę was odnaleźć. Ale patrz, jedna zguba się znalazła!- zakrzyknął na widok kolejnej postaci, wyłaniającej się zza gęstwiny drzew.
 Kasandra automatycznie zacisnęła pięść na sztylecie, schowanym w małej sakiewce, aby przygotować się do ataku (w razie potrzeby) jednak widok zbliżającej się istoty ją rozbroił.
  Jednego była pewna: ta osoba nie należała do jej pobratymców. Na widok dziewczyny musiała przyznać, że nigdy nie widziała tak dziwnej osóbki i z jakiegoś powodu jej widok ją śmieszył. Na oko była młodsza od Kasandry i mniej więcej tego samego wzrostu co Spartanka, lecz wzrost nadrabiała swoją dostojną pozą jak i nieco dziwacznym wyglądem. Krótkie, kruczoczarne włosy były ,,ozdobione'' jednym białym pasemkiem z tyłu głowy, obecnie wetkniętym za ucho. Na policzku dziewczyny widniała okropna rozszarpana blizna, szpecąca twarz o niemal dziecięcej urodzie a w zadarty nosek miała wetknięte dwa okrągłe kolczyki, przywodzące na myśl coś egzotycznego. Jednak najbardziej z tego wszystkiego dziwił ją nie tyle jej swobodny strój (w porównaniu do niej, ubranie Kasandry wydawało się przypominać jej szmatkę do wycierania podłóg) co wielkie, szare oczy, które dominowały na jej twarzy i sprawiały wrażenie jakby cały czas wpatrywały się w ciebie błagalnie, jakby cały czas o coś prosiły. Cała jej postać była dla Kasandry dziwną rzeczą. Choć zapewne nie było to odczucie jednostronne.
  Kasandra z pewną dozą fascynacji przyglądała się jak postać z wahaniem podchodzi do niej i Robinsona, patrząc im cały czas w oczy. Spartanka z trudem powstrzymała uśmiech. Coś czuła, że polubi tą dziewczynę.
- Witaj, moja droga.- pan Robinson ukłonił się jak przystało na dżentelmena i z nieskrywaną ciekawością przyjrzał się dziewczynie.- Jak się nazywasz? Skąd jesteś?
- Jestem Delahn. Pochodzę z Atlantydy a wy?- powiedziała, podejrzliwie przyglądając się Kasandrze. Spartanka także niezbyt dobrze czuła się w jej obecności, ale starała się zachować spokój.
  Jednak po tym co powiedziała, przestała nad sobą panować. Patrzyła na dziewczynę jak na obcą istotę. Co prawda ona też nie była zwykłą dziewczyną tylko jedną z wojowniczek mitycznej bogini Artemidy, ale Atlantyda to była legenda! Wierzyła w istnienie bogów, ale nie tego mitycznego miasta.
  Kiedy była mała, jej ojciec często czytał na głos przy zapalonym łuczywie utwory Platona. Między innymi w jednym z nich była mowa o tym mieście a poczciwy stary Drakcjusz- jeden z okolicznych pasterzy- często opowiadał jej pełne pięknych opisów dzieje Atlantydy. Miało być ono piękniejsze od greckich Aten, miejsce gdzie zamieszkiwał Posejdon wraz ze swoimi poddanymi.
  Jednak według wielu była to historia, nie zawierająca w sobie choćby ziarna prawdy. Kasandrze także nie chciało się wierzyć, że Posejdon chciałby zatopić jakieś miasto. Owszem, bogowie często mieli dziwaczne kaprysy, ale gdyby chciał, mógłby zatopić np. Ateny, najsłynniejsze miasto jej świata! Poza tym nigdy na oczy nie widziała żadnego mieszkańca tych ziem, więc uważała tą historię za brednię.
  A teraz (o ironio!) stała przed nią żywa atlantydzka dziewczyna! To na pewno jej się nie śniło.
  Starając się zachować resztki godności, Kasandra ostrożnie podeszła do Delahn, byle jej nie spłoszyć i wyciągnęła do niej rękę.
- Kasandra Selancja z rodu Kasiuszów, przyszła strażniczka Artemidy, pani lasów i wszelakiej natury. To zaszczyt móc poznać kogoś takiego jak ty.
- Te formalności możemy zostawić.- obydwie uścisnęły sobie ręce i skłoniły głowy na znak szacunku.- Bardzo miło mi poznać, Kasandro.  

niedziela, 22 marca 2015

Prolog

    Noc była mroźna i pochmurna. Wiejący z północy silny wiatr kołysał koronami wysokich drzew i wydawał upiorny szum – ktoś o silnej wyobraźni mógłby sobie wręcz pomyśleć, jakoby ten wiatr niósł ze sobą krzyki srogo torturowanych osób. Ale w końcu to tylko wiatr i nic więcej. Prawda?
    Niewielka polana znajdowała się w samym sercu tego gęstego lasu. Jej wręcz idealnie okrągły kształt mógł sugerować, iż nie jest ona dziełem natury, lecz została jakoś stworzona przez człowieka. Ale to tylko domysły.
    Co ciekawe, na tej polanie... nic nie rosło. Ani nawet najmniejszego ździebełka trawy. Po prostu nic. Jednak jedno zasługuje na uwagę. Dokładnie w samym centrum polany, na tym twardym gruncie z zaschniętego dawno temu błota wznosił się wysoki, kamienny obelisk, na którym zostały wyryte jakieś tajemnicze znaki. Nikt z odwiedzających to miejsce nie potrafił rozpoznać tych znaków (inna rzecz, że mało kto w ogóle wiedział o istnieniu tego miejsca).
    Nagle z leśnych ciemności wyłoniła się pewna postać. Odziany był w czarny płaszcz całkowicie skrywający jego ciało, a spod kaptura widać było zaledwie kawałeczek posępnych ust. W ręku dzierżył długą, drewnianą laskę, która u góry zakończona była dziwnym symbolem w kształcie litery "W". Kimkolwiek był, nie wyglądał na przyjaznego.
    Pewnym krokiem wszedł na polanę i stanął tuż pod obeliskiem, powoli zerkając w górę.
    To już dziś...
    Obelisk wydawał mu się znacznie wyższy niż był w rzeczywistości. Budził... grozę? Była to zaiste piękna budowla, lecz budząca lęk w swym majestacie. 
    Tajemniczy mężczyzna ukrył wolną rękę pod płaszczem, a po chwili wyciągnął pewien przedmiot. Była nim wykonana z nieznanego, twardego materiału płaska gwiazda pięcioramienna o wielkości dłoni. Mężczyzna uniósł ją powoli w górę.
    Moje maleństwo... to już ostatnia.
    Widział, że to, co się tutaj tej nocy wydarzy, może naruszyć pewne... granice. Otworzyć bramy, które nie powinny zostać otwarte. Ale nie miał wyboru. Musiał spróbować.
    Tajemniczy przybysz obszedł obelisk dookoła kilka razy, przypatrując się dokładnie wyrytym symbolom. Szukał czegoś... I w końcu znalazł. W obelisku znajdowało się niewielkie wgłębienie o kształcie identycznym jak gwiazda w jego ręce.
    Uśmiechnął się sam do siebie, po czym z wolna uniósł artefakt, by włożyć go na swoje miejsce. Jednak jego ręka zawahała się w ostatniej chwili. Zmarszczył czoło.
    Ale... czy powinienem? – pomyślał. – Jeśli mi się nie uda... A niech to diabli! Tylko oni mogą mi pomóc!
    Szybkim ruchem umieścił gwiazdę we wgłębieniu. Spasowała idealnie, tak jak pozostałe, które przed laty zdążył już tu umieścić. Jednak ta była ostatnia... Więc to zacznie się teraz.
    Mężczyzna odsunął się od obelisku na bezpieczną odległość, gdyż nie wiedział, czego może się spodziewać. Patrzył się w stronę konstrukcji, lecz... mijały minuty i nic się nie działo.
    Już tracił nadzieję, gdy nagle stało się coś zupełnie nieoczekiwanego – spod powierzchni ziemi dobiegł pojedynczy, głuchy wstrząs, a zaraz po tym wszystkie tajemnicze symbole na obelisku zaczęły mienić się coraz to jaśniejszym światłem, aż wreszcie zajaśniały oślepiającą bielą.
    Mężczyzna zasłonił rękawem oczy.
    Na moich przodków...! Nie wierzę!
    Nagle z obelisku wystrzelił pionowy słup światła i powędrował prosto ku niebiosom, znikając za chmurami.
    Nim tajemniczy człowiek zdążył cokolwiek powiedzieć zauważył, że cała polana, na której się znajdował, została pokryta świetlistym, misternym symbolem magicznym. Nie sposób było rozpoznać, co przedstawia, lecz jedno było pewne – to się uda!
    Chwilę potem obelisk został całkowicie pochłonięty przez oślepiające światło. Mrużąc oczy, mężczyzna rozpoznał, ze całość przeistacza się w jedną wielką... bramę. Portal. Cokolwiek...
    Gdy światło przestało tak mocno razić. widać już było wyraźnie to, co znajdowało się teraz na miejscu obelisku: eteryczna, wysoka czarna brama w kształcie trójkąta.
    Mężczyzna nieśmiało podszedł w jej stronę, gdyż nie działo się nic więcej. Spojrzał do środka, lecz była tam tylko czarna nicość. Lecz wiedział, że to nieprawda. W końcu nie można fizycznie ujrzeć czegoś takiego jak czas. 
    Niespodziewanie portal wypluł świetlistą postać, która upadła ziemię. Okalające ją światło w końcu zniknęło i mężczyzna mógł dostrzec, kim jest pierwsza w postaci, która tu przybyła.
    A teraz poczekamy na kolejnych.