czwartek, 28 maja 2015

Rozdział III

Tata uśmiechnął się do córki pocieszająco i podał jej ramię, które ujęła drżącą ręką.
– Boję się, tato – szepnęła. – Naprawdę się boję.
Nie kłamała. Na ołtarzu czekał na nią o dobre dziesięć lat starszy mężczyzna, którego nawet nie kochała. Przyjęła jego oświadczyny tylko dla rodziny, która chciała aby wyszła za wysoko postawionego mężczyznę. Nie mogła zaprzeczyć, był przystojny. Miał czarne włosy zaczesane do tyłu, a brązowe oczy spoglądały na nią z podziwem i... czymś jeszcze. Zadrżała, kiedy domyśliła się co to: pożądanie. Poczuła obrzydzenie do swojego przyszłego męża. Gdyby mogła cofnąć się w czasie i nie przystać na jego propozycje, zrobiłaby to.
–Nie przejmuj się. Niedługo będzie po wszystkim. – Wolną ręką pogłaskał jąpo policzku. – Będzie dobrze – szepnął i wyprostował się.
Rozbrzmiały pierwsze tony Marsza Weselnego. Rosalie wzięła kilka głębokich wdechów i wbiła wzrok w ołtarz. Postawiła pierwszy krok, który wydał jej się najgorszym krokiem w jej życiu. Razem z ojcem szła ramię w stronę przyszłości, która stała pod znakiem zapytania. Wszystkie spojrzenia były w nią wlepione. Wiedziała, że prezentuje się świetnie w rozkloszowanej sukni ze złotymi zdobieniami. Wraz z Madeline, służącą i zarazem jej przyjaciółką,stwierdziła, że włosy najlepiej będą prezentowały się zaplecione w warkocza. Jedynie kilka kosmyków okalało jej twarz, nadając jej uroczego wyglądu. Welon, który miała wpięty we włosy, ciągnął się za nią, przypominając jej utraconą drogę.
Zdecydowanie za szybko dotarła do ołtarza. Tata ucałował ją w czoło i zajął swoje miejsce. Przywołała na twarz uśmiech i stanęła twarzą w twarz z hrabią Geogre'em Frideric'em Henry'm Joceanel, który uśmiechał się obleśnie. Obawiała się dzisiejszego wieczoru. Zajęli swoje miejsca, po czym rozpoczęła się msza. Była ledwo żywa. Ocknęła się dopiero, gdy ksiądz poprosił ich o powstanie. Ksiądz zadawał pytania, na które, wraz z George'em machinalnie odpowiadała „Tak, chcemy”, a gdy przyszła jej kolej na wypowiedzenie słów przysięgi, po prostu się zacięła, jednak spojrzenie jej narzeczonego przywołało ją do porządku.
– Ja, Rosalie, biorę sobie ciebie, George'a, za męża – powiedziała na pozór pewnym głosem.
I na tym skończyła. Po części dlatego, że nie chciała powiedzieć więcej, a po części dlatego, że żołądek zacisnął jej się supeł, a z gardła nie mogła wydobyć głosu. Kiedy w końcu jej się to udało, był to przeraźliwy krzyk. Pierwszy, ale nie ostatni. Po chwili niemal wszyscy do niej dołączyli. Ostatnią rzeczą jaką zobaczyła, zanim wciągnął ją wir, były przerażone twarze jej najbliższych: mamy, taty i Tanyi.
Trwało to może kilka sekund. Zanim się zorientowała, wir wyrzucił ją na ciemną polanę. Przewróciła się i potoczyła kilka metrów dalej. Podniosła się z chłodnej ziemi i wytarła dłonie w, niegdyś białą, suknię. Rozejrzała się dookoła, mając nadzieję, że wylądowała przed kościołem, jednak po chwili zdała sobie sprawę, że to niemożliwe i powinna zorientować się już na początku. Po pierwsze było tutaj ciemno i wszędzie były drzewa. Była w lesie. Po drugie, panowała tutaj przerażająca cisza, której nigdy nie było w Londynie, w którym mieszkała. Zdjęła niewygodne buty i przeszła kawałek. Nic. Nikogo. Zastanawiała się, jak wróci na ślub, ale akurat to było jej najmniejsze zmartwienie. Zagłębiała się coraz bardziej w las i nie czuła się z tym najlepiej. Zdecydowanie pewniej czułaby się, gdyby miała przy sobie swoją szablę, jednak ta została w jej pokoju. Szła szybkim krokiem, rozglądając się z niepokojem po okolicy. W pewnym momencie zahaczyła nogą o wystający konar i sturlała się z górki. Kiedy się zatrzymała z ciekawością rozejrzała się po nowym otoczeniu. Wstała, pojękując z bólu i ruszyła dalej. Weszła  na dużą polanę, przypominającą poprzednią. Na niej zobaczyła piękną dziewczynę z burzą loków, w kremowej sukience.
– Tanya! – krzyknęła i dobiegłam do niej, lekko utykając. – Dziękuję Ci Boże, że tu jesteś! – Przytuliła siostrę, a kiedy się odsunęłam, zalała ją pytaniami:
– Gdzie my jesteśmy? Jak tu trafiłyśmy? Rodzice wściekli się gdy zniknęłam?
Tanya słuchała cierpliwie. W pewnym momencie Rosalie zacięła się i zorientowała się, że zachowuje się jak dziecko, a Tanya również nie zna odpowiedzi na jej pytania.
– Przepraszam, to te nerwy. Wiesz, przed chwilą miałam wyjść za mąż, a teraz jestem w jakimś lesie. – Uśmiechnęła się kwaśno.
– Jeśli już skończyłaś, to teraz się rozejrzyj – rzuciła z lekkim uśmiechem siostra.
Posłuchała jej i widok rozchylił jej usta. Polana była naprawdę dużych rozmiarów. Na ziemi były wyryte nieznane symbole. W okolicy nie było żadnych roślin. A na samym środku znajdował się wielki obelisk. Rosalie podeszła do niego i uważnie mu się przyjrzała. W krzakach rozległ się szelest.
– Chodźmy stąd. Nie podoba mi się tu. – Złapała Tany'ę za rękę i pociągnęła ją w las.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz