Tata uśmiechnął się do córki
pocieszająco i podał jej ramię, które ujęła drżącą ręką.
– Boję się, tato – szepnęła. – Naprawdę się boję.
– Boję się, tato – szepnęła. – Naprawdę się boję.
Nie kłamała. Na ołtarzu czekał na nią o dobre dziesięć lat starszy mężczyzna, którego nawet nie
kochała. Przyjęła jego oświadczyny tylko dla rodziny, która
chciała aby wyszła za wysoko postawionego mężczyznę. Nie mogła
zaprzeczyć, był przystojny. Miał czarne włosy zaczesane do tyłu,
a brązowe oczy spoglądały na nią z podziwem i... czymś jeszcze.
Zadrżała, kiedy domyśliła się co to: pożądanie. Poczuła
obrzydzenie do swojego przyszłego męża. Gdyby mogła cofnąć się
w czasie i nie przystać na jego propozycje, zrobiłaby to.
–Nie przejmuj się. Niedługo będzie
po wszystkim. – Wolną ręką pogłaskał jąpo policzku. –
Będzie dobrze – szepnął i wyprostował się.
Rozbrzmiały pierwsze tony Marsza
Weselnego. Rosalie wzięła kilka głębokich wdechów i wbiła wzrok w
ołtarz. Postawiła pierwszy krok, który wydał jej się najgorszym
krokiem w jej życiu. Razem z ojcem szła ramię w stronę
przyszłości, która stała pod znakiem zapytania. Wszystkie
spojrzenia były w nią wlepione. Wiedziała, że prezentuje się
świetnie w rozkloszowanej sukni ze złotymi zdobieniami. Wraz z
Madeline, służącą i zarazem jej przyjaciółką,stwierdziła, że włosy
najlepiej będą prezentowały się zaplecione w warkocza. Jedynie
kilka kosmyków okalało jej twarz, nadając jej uroczego wyglądu.
Welon, który miała wpięty we włosy, ciągnął się za nią,
przypominając jej utraconą drogę.
Zdecydowanie za szybko dotarła do
ołtarza. Tata ucałował ją w czoło i zajął swoje miejsce.
Przywołała na twarz uśmiech i stanęła twarzą w twarz z hrabią
Geogre'em Frideric'em Henry'm Joceanel, który uśmiechał się
obleśnie. Obawiała się dzisiejszego wieczoru. Zajęli swoje
miejsca, po czym rozpoczęła się msza. Była ledwo żywa. Ocknęła
się dopiero, gdy ksiądz poprosił ich o powstanie. Ksiądz zadawał
pytania, na które, wraz z George'em machinalnie odpowiadała „Tak,
chcemy”, a gdy przyszła jej kolej na wypowiedzenie słów
przysięgi, po prostu się zacięła, jednak spojrzenie jej
narzeczonego przywołało ją do porządku.
– Ja, Rosalie, biorę sobie ciebie,
George'a, za męża – powiedziała na pozór pewnym głosem.
I na tym skończyła. Po części
dlatego, że nie chciała powiedzieć więcej, a po części
dlatego, że żołądek zacisnął jej się supeł, a z gardła nie
mogła wydobyć głosu. Kiedy w końcu jej się to udało, był to
przeraźliwy krzyk. Pierwszy, ale nie ostatni. Po chwili niemal
wszyscy do niej dołączyli. Ostatnią rzeczą jaką zobaczyła,
zanim wciągnął ją wir, były przerażone twarze jej
najbliższych: mamy, taty i Tanyi.
Trwało to może kilka sekund. Zanim
się zorientowała, wir wyrzucił ją na ciemną polanę.
Przewróciła się i potoczyła kilka metrów dalej. Podniosła
się z chłodnej ziemi i wytarła dłonie w, niegdyś białą,
suknię. Rozejrzała się dookoła, mając nadzieję, że
wylądowała przed kościołem, jednak po chwili zdała sobie
sprawę, że to niemożliwe i powinna zorientować się już
na początku. Po pierwsze było tutaj ciemno i wszędzie były
drzewa. Była w lesie. Po drugie, panowała tutaj przerażająca
cisza, której nigdy nie było w Londynie, w którym mieszkała. Zdjęła niewygodne buty i przeszła kawałek. Nic. Nikogo.
Zastanawiała się, jak wróci na ślub, ale akurat to było jej
najmniejsze zmartwienie. Zagłębiała się coraz bardziej w las i
nie czuła się z tym najlepiej. Zdecydowanie pewniej czułaby się,
gdyby miała przy sobie swoją szablę, jednak ta została w jej
pokoju. Szła szybkim krokiem, rozglądając się z niepokojem po okolicy. W pewnym momencie zahaczyła nogą o wystający konar i sturlała się z górki. Kiedy się zatrzymała z ciekawością rozejrzała się po nowym otoczeniu. Wstała, pojękując z bólu i ruszyła dalej. Weszła na dużą polanę, przypominającą poprzednią. Na niej zobaczyła piękną dziewczynę z burzą loków, w kremowej sukience.
– Tanya! – krzyknęła i dobiegłam do niej, lekko utykając. – Dziękuję Ci Boże, że tu jesteś! – Przytuliła siostrę, a kiedy się odsunęłam, zalała ją pytaniami:
– Gdzie my jesteśmy? Jak tu trafiłyśmy? Rodzice wściekli się gdy zniknęłam?
Tanya słuchała cierpliwie. W pewnym momencie Rosalie zacięła się i zorientowała się, że zachowuje się jak dziecko, a Tanya również nie zna odpowiedzi na jej pytania.
– Przepraszam, to te nerwy. Wiesz, przed chwilą miałam wyjść za mąż, a teraz jestem w jakimś lesie. – Uśmiechnęła się kwaśno.
– Jeśli już skończyłaś, to teraz się rozejrzyj – rzuciła z lekkim uśmiechem siostra.
Posłuchała jej i widok rozchylił jej usta. Polana była naprawdę dużych rozmiarów. Na ziemi były wyryte nieznane symbole. W okolicy nie było żadnych roślin. A na samym środku znajdował się wielki obelisk. Rosalie podeszła do niego i uważnie mu się przyjrzała. W krzakach rozległ się szelest.
– Chodźmy stąd. Nie podoba mi się tu. – Złapała Tany'ę za rękę i pociągnęła ją w las.
– Tanya! – krzyknęła i dobiegłam do niej, lekko utykając. – Dziękuję Ci Boże, że tu jesteś! – Przytuliła siostrę, a kiedy się odsunęłam, zalała ją pytaniami:
– Gdzie my jesteśmy? Jak tu trafiłyśmy? Rodzice wściekli się gdy zniknęłam?
Tanya słuchała cierpliwie. W pewnym momencie Rosalie zacięła się i zorientowała się, że zachowuje się jak dziecko, a Tanya również nie zna odpowiedzi na jej pytania.
– Przepraszam, to te nerwy. Wiesz, przed chwilą miałam wyjść za mąż, a teraz jestem w jakimś lesie. – Uśmiechnęła się kwaśno.
– Jeśli już skończyłaś, to teraz się rozejrzyj – rzuciła z lekkim uśmiechem siostra.
Posłuchała jej i widok rozchylił jej usta. Polana była naprawdę dużych rozmiarów. Na ziemi były wyryte nieznane symbole. W okolicy nie było żadnych roślin. A na samym środku znajdował się wielki obelisk. Rosalie podeszła do niego i uważnie mu się przyjrzała. W krzakach rozległ się szelest.
– Chodźmy stąd. Nie podoba mi się tu. – Złapała Tany'ę za rękę i pociągnęła ją w las.