Znasz to uczucie, kiedy żołądek owija ci się wokół gardła? Gdy spadasz w bezdenną przepaść, zamykającą cię w swoich okrutnych kleszczach? Kiedy nie widzisz nadziei i machasz rękami, próbując cokolwiek zrobić, bo w głowie kotłuje ci się tysiąc myśli na sekundę?
Nastoletnia Kasandra do tamtej chwili nie wiedziała, że istnieje takie uczucie jak strach. Bez cienia wątpliwości wchodziła w najciemniejsze zagajniki, walczyła z mężczyznami kilka razy większymi od siebie i nigdy nie pomyślała, że jest to coś przerażającego. Do tej pory nie znała tego słowa, może jedynie z opowieści ubogich wieśniaków. Już dawno została wyleczona ze strachu- w końcu była jedną z początkujących wojowniczek Artemidy, nieustraszonej bogini łowów a ta kobieta nigdy się nie poddawała czemuś takiemu jak przerażenie.
Mimo to Kasandra wbrew sobie wrzasnęła i rozłożyła ręce, aby stawić jakiś opór, choć doskonale wiedziała, że jest to działanie bezcelowe. Nie mogła się skulić- w ten sposób tylko szybciej uderzyłaby o ziemię. Czy cokolwiek co znajduje się na samym dnie tej dziury.
Kiedy już myślała, że to się nigdy nie skończy poczuła jak coś dosłownie wsysa jej ciało i wyrzuca... na łąkę. Nim zdążyła zareagować, uderzyła całym swoim ciężarem w nasączoną wodą trawę i jęknęła z bólu. Nie złożyła jeszcze wszystkich ślubów, więc jej ciało nadal reagowało na najzwyklejszy ból, który dla Artemidy był porównywalny z ukąszeniem biedronki.
Gdzie ja jestem? Gdzie moja wioska? Te pytania (a także wiele innych) kotłowały się w głowie, obijały niczym chmara szarańczy, sprawiały niemalże fizyczny ból. Zwinęła się w kłębek, aby jakoś nie myśleć o bólu i zacisnęła powieki. I pomyśleć, że przed chwilą pojedynkowała się ze swoim... ekhm, narzeczonym? Chyba tak mogła go nazwać. Nie wiedziała co o tym wszystkim myśleć.
A ten dzień z pozoru wydawał się taki normalny. Jak zwykle wstała rano na poranną przebieżkę przez las, rosnący tuż obok jej wioski i potrenować strzelanie z łuku. To była dla niej codzienność- śluby miała złożyć dopiero za miesiąc, ale już od dawna przygotowywała się do swojej roli. Co prawda najpierw musiała udowodnić, że jest gotowa, aby dołączyć do swojej mentorki, ale nie chciała czekać. Zostanie wojowniczką było jej największym marzeniem... można powiedzieć od dzieciństwa. Między innymi dlatego musiała bezustannie trenować i dążyć do fizycznej doskonałości. Choć nie była zbyt wysoka to swój niski wzrost nadrabiała szybkością. Chciała wszystkim udowodnić, że jej mała postura to tylko iluzja a ona sama może być niezwyciężona.
Jednak (jak można było się domyślić) jej rodzice wobec niej mieli zupełnie inne plany. Kasandra Selancja z arystokratycznego rodu Kasiuszów od dzieciństwa była przeznaczona do małżeństwa i jej opiekunowie nie zgadzali się bynajmniej z jej własną wizją przyszłości. Uważali, że są to urojenia dojrzewającej kobiety i powinna sobie znaleźć męża, który będzie ją chronił. Choćby nie wiadomo jak mocno ich przekonywała, że sama potrafi o siebie zadbać oni i tak mówili swoje. Między innymi dlatego poświęcała całe dni na doskonaleniu umiejętności łowiectwa i siły fizycznej. Za każdym razem gdy poruszali ten temat, kończyło się to kłótnią, głośną na całą wioskę. Wolała unikać publicznego rozgłosu.
Jednak niestety pech się zdarzył, że właśnie tego dnia przez przypadek ustrzeliła jedną z kóz wybranka jej rodziców- Hernesa Waleriusza, który na widok dziewczyny zaczął się do niej zalecać (jak uważała) w niezwykle prostacki sposób. Poza tym szantażem chciał ją zmusić do zaręczyn- w zamian za przemilczenie sprawy miała zgodzić się na jego oświadczyny i porzucić swoje marzenia. Dlatego wyzwała go na pojedynek a stawką było zachowanie dziewictwa i dotrzymanie ślubów.
Jednak nie wiadomo czemu w samym środku walki, gdy już przystawiała swój miecz do jego gardła i miała obwieścić koniec pojedynku, jakby niewidzialna ręka poderwała ją z ziemi i zabrała w ten bezkresny wir. Nikt nie rzucił się jej na pomoc- wszyscy jedynie zaczęli klękać jak przed bóstwem i prosić o litość.
A co biedna Kasandra mogła zrobić? Chwytając się rozpaczliwie wszystkiego co udało jej się złapać po drodze, gorliwie prosiła o wybaczenie czy jakąkolwiek pomoc. Wpierw myślała, że to Zeus postanowił ją ukarać za (być może) zuchwalstwo wobec mężczyzny. Jednak czy ten wir mógł być dziełem jakiegokolwiek znanego jej boga? Bardzo w to wątpiła, bo w końcu gdyby któryś z nich chciał ją ukarać to już dawno byłaby nad rzeką Styks a to bynajmniej miejsce nie przypominało Hadesu. Jeśli tak wyglądałoby królestwo umarłych to o stokroć wolałaby je od zatęchłego pałacu Hernesa. Byle nie wpaść w łapy tego obrzydliwego mężczyzny.
Ale skoro nie była już w swojej wiosce czy nawet w jej pobliżu to gdzie? Z lekkim wahaniem powoli otworzyła jedną powiekę a zaraz potem kolejną tak, aby obraz nabrał ostrości. Przez chwilę wszystko widziała jakby za mgłą, jednak gdy odzyskała ostrość widzenia nie wiedziała co było lepsze.
Bo miejsce to miało według niej pewien specyficzny urok. Nie przypominało ono żadnej z polanek, leżących przy wiosce a drzewa rosnące wokół naturalnego placyku nie przywodziły na myśl jakiegokolwiek znanego jej gatunku roślin. Wszystko tutaj było inne, tak odmienne. Słońce wisiało wyżej na niebie niż zwykle, oblewając okolicę złotym blaskiem, pobudzającym ukryte w pączkach kwiaty, wyciągające się ku słońcu. Powietrze nie było przesycone zapachem morza tylko słodką wonią żywicy przez co w jej głowie rozdzwonił się czerwony alarm. Skoro nie była blisko morza to nie mogła być jej mała spartańska wioska. O nie, była w zupełnie innym miejscu. To napawało ją jeszcze większym przerażeniem niż ta ,,wędrówka'' choć nie chciała po sobie tego pokazywać.
Starając się ukryć tłumiące się w niej uczucia, odsunęła swoje ognistoczerwone loki na bok i wstała, uprzednio poprawiając swoją męską tunikę (na walkę przecież nie mogła założyć chitonu), aby rozejrzeć się po okolicy. Pierwsze czego nauczyła się przez ten czas próby u Artemidy to szybkie rozeznanie w terenie, które niejednokrotnie może uratować ci życie. Co prawda w takich miejscach powinna czuć się jak w domu, ale jakoś nie mogła się tutaj odnaleźć. To był zupełnie inny świat. A stojący na przeciwko niej mężczyzna tylko utwierdził ją w przekonaniu, że jest tu coś nie tak.
Jednak może nie tyle zgarbiona postura człowieka i dziwne, opierające się na jego nosie... kawałki drewna ją zszokowały, co jego ubiór. Nie był to żaden ze znanych jej rodzajów męskich szat. W ogóle człowiek stojący niedaleko niej nie przypominał żadnego greckiego mężczyzny. Zamiast przystrzyżonej brody, jego szczeciny nie pokrywał żaden zarost; białe włosy sterczały we wszystkie strony jakby poraził go piorun z nieba a bladozielone oczy wyrażały tak głębokie zmęczenie, że aż się odsunęła. Wszyscy znani jej faceci byli pewni siebie, odważni i nie przypominali szkarad. Z kolei on był... inny, zmęczony swoją egzystencją. Nie dumny czy wyniosły, ale spokojny i cichy. Coś tutaj musiało być naprawdę nie tak a ból tylko potwierdzał, że to nie były żadne zwidy a rzeczywistość.
- Kim jesteś?- spytała, zachowując skuloną pozycję. Choć facet nie wyglądał na silnego to jednak zawsze wolała być gotowa do ataku. Ot na wszelki wypadek.
- Witaj w przyszłości.- odpowiedział z zagadkowym uśmieszkiem na twarzy.
- Na Zeusa, jakiej znowu przyszłości? Gdzie ja jestem? Co tutaj robię?
W odpowiedzi jedynie wskazał ręką na stojącą za nim... bramę? Albo przynajmniej coś co ją przypominało. Kasandra nigdy nie widziała tak misternych i odmiennych wzorów, choć po dłuższym czasie rozpoznała parę liter ze swojego języka. Mimowolnie przejechała palcem po rozświetlonej gammie.
- Co to jest?
- Portal. To przez niego się tutaj znalazłaś. Jak się nazywasz?
- Kasandra Selancja, przyszła strażniczka królowej lasów i wszelakiej natury, Artemidy.- na znak pokory skłoniła delikatnie głowę i ukłoniła się z gracją. Może i nie była w Sparcie, ale rodzice nauczyli ją szacunku do osób starszych.- A pan?
- Jestem profesor Fred Robinson. Witaj w XXI wieku a dokładniej w Las Vegas w Ameryce.
Przez chwilę Kasandra patrzyła się na mężczyznę jak na szaleńca. Czyżby był tak stary, że plótł takie bzdury?
- Przepraszam, ale pan się myli. Jest rok 483 rok przed naszą erą! I nie ma żadnej Ameryki ani Las Vegas! Nawet ja, kobieta to wiem! W co pan chce mnie wciągnąć?
- Nie wierzysz mi?- staruszek uśmiechnął się dobrodusznie i pokazał ręką otaczającą ich okolicę.- Jesteś Spartanką, ale to miejsce wcale nie przypomina twojej ojczyzny, czyż nie? Nie słychać morza, kołyszącego się w oddali, kompletnie inny klimat. Jeżeli nadal nie wierzysz to wsłuchaj się w mój głos. Ja się posługuję na co dzień zupełnie innym językiem, ale przez wieki uczyłem się greki, aby móc się z tobą porozumieć. Język starogrecki nie jest używany już od wieków. Rozumiesz co mówię?
Jedyne na co się zdobyła dziewczyna to na pokiwanie głową. Czuła jak na jej ramieniu pojawia się gęsia skórka. We wszystkim ten facet miał rację. Jego akcent nie był taki jak jej czy chociażby podobny a to miejsce nie przypominało żadne z miejsc, które znała. Gdy była mała wraz z ojcem przemierzyła niemalże całą Spartę i zawsze te wszystkie miejsca miały cechy wspólne, specyficzną atmosferę po której od razu mogła poznać, że jest w domu a tutaj bynajmniej się tak nie czuła.
Poza tym to w pewien sposób wyjaśniało całe to zdarzenie. Logika nie istniała w jej świecie, w końcu wierzyła w wielu bogów i to, że potrafią przybierać różne postaci. Taka sztuczka w ich wykonaniu nie byłaby dla niej wielkim szokiem.
Jednak stojący obok niej człowiek na pewno nie był bogiem. Był zwykłym człowiekiem, który w jakiś sposób otworzył bramy czasu... Ale nie. On nie mógł być zwykły. Żadna zwyczajna istota nie mogłaby dokonać czegoś takiego. Wiedziała, że wszyscy ludzie mają w sobie jakiś pierwiastek twórczy, ale nikt poza bogami nie potrafił tworzyć czegoś z niczego! Niby wszystko łączyło się w spójną całość, ale czuła że brakuje jej jeszcze jakiegoś elementu układanki. Ale czego?
Pan Robinson widocznie domyślił się nad czym tak się zastanawia, bo wyjął ze swojej kiszeni dłoń i odwrócił ją wierzchem w stronę Kasandry. Na początku nie wiedziała o co mu chodzi, dopóki nie dostrzegła co się znajduje na jego dłoni oraz paru innych detali.
Jeszcze nigdy nie widziała tak dziwacznego znaku. Przypominał kształtem rozwinięty kwiat lilii, jednak zamiast płatków po skórze starca biegły dziwaczne linie, skręcające się w spirale, tworzące jakiś wyraz w nieznanym jej języku. Poza tym dopiero teraz dostrzegła, że jego uszy są nieco zbyt spiczaste a odcień jego skóry miał niecodzienny mleczny kolor, jakby ktoś wykąpał go w białej farbie. Cały ten wygląd jak i zaistniała sytuacja tylko utwierdziły Kasandrę w przekonaniu, że coś z nim jest nie tak.
- Kim... kim pan jest?- spytała. Pierwszy raz od wielu lat lekko zadrżał jej głos.
- Na pewno nic ci nie mówi słowo ,,czarownik''.- poklepał Spartankę po ramieniu i wyciągnął przed siebie rękę. Nie wiedziała na co patrzeć dopóki z palców mężczyzny wystrzeliły kolorowe iskry, mieniące się w blasku słońca. Kasandra z trudem powstrzymała się od jakiegokolwiek ruchu.- Widzisz, ja żyję już tysiące lat i mam pewien cel. My czarownicy posługują się magią. Można nas uznać za herosów, gdyż w zasadzie jesteśmy potomstwem nie tyle Boga co...- zawiesił głos- innej istoty i człowieka. Wytłumaczę ci to w miedzy czasie, najpierw musimy odnaleźć twoi nowych znajomych.
- To sprowadziłeś nas więcej?- jej głos podniósł się o oktawę.
Robinson spojrzał na nią niemalże z litością.
- Bystrością nie grzeszysz. Myślisz, że ten portal nadal by działał, gdybym tylko ciebie potrzebował? W każdym razie niestety nie do końca stało się tak, jakbym sobie tego życzył. Reszta jest rozsiana gdzieś po okolicy i muszę was odnaleźć. Ale patrz, jedna zguba się znalazła!- zakrzyknął na widok kolejnej postaci, wyłaniającej się zza gęstwiny drzew.
Kasandra automatycznie zacisnęła pięść na sztylecie, schowanym w małej sakiewce, aby przygotować się do ataku (w razie potrzeby) jednak widok zbliżającej się istoty ją rozbroił.
Jednego była pewna: ta osoba nie należała do jej pobratymców. Na widok dziewczyny musiała przyznać, że nigdy nie widziała tak dziwnej osóbki i z jakiegoś powodu jej widok ją śmieszył. Na oko była młodsza od Kasandry i mniej więcej tego samego wzrostu co Spartanka, lecz wzrost nadrabiała swoją dostojną pozą jak i nieco dziwacznym wyglądem. Krótkie, kruczoczarne włosy były ,,ozdobione'' jednym białym pasemkiem z tyłu głowy, obecnie wetkniętym za ucho. Na policzku dziewczyny widniała okropna rozszarpana blizna, szpecąca twarz o niemal dziecięcej urodzie a w zadarty nosek miała wetknięte dwa okrągłe kolczyki, przywodzące na myśl coś egzotycznego. Jednak najbardziej z tego wszystkiego dziwił ją nie tyle jej swobodny strój (w porównaniu do niej, ubranie Kasandry wydawało się przypominać jej szmatkę do wycierania podłóg) co wielkie, szare oczy, które dominowały na jej twarzy i sprawiały wrażenie jakby cały czas wpatrywały się w ciebie błagalnie, jakby cały czas o coś prosiły. Cała jej postać była dla Kasandry dziwną rzeczą. Choć zapewne nie było to odczucie jednostronne.
Kasandra z pewną dozą fascynacji przyglądała się jak postać z wahaniem podchodzi do niej i Robinsona, patrząc im cały czas w oczy. Spartanka z trudem powstrzymała uśmiech. Coś czuła, że polubi tą dziewczynę.
- Witaj, moja droga.- pan Robinson ukłonił się jak przystało na dżentelmena i z nieskrywaną ciekawością przyjrzał się dziewczynie.- Jak się nazywasz? Skąd jesteś?
- Jestem Delahn. Pochodzę z Atlantydy a wy?- powiedziała, podejrzliwie przyglądając się Kasandrze. Spartanka także niezbyt dobrze czuła się w jej obecności, ale starała się zachować spokój.
Jednak po tym co powiedziała, przestała nad sobą panować. Patrzyła na dziewczynę jak na obcą istotę. Co prawda ona też nie była zwykłą dziewczyną tylko jedną z wojowniczek mitycznej bogini Artemidy, ale Atlantyda to była legenda! Wierzyła w istnienie bogów, ale nie tego mitycznego miasta.
Kiedy była mała, jej ojciec często czytał na głos przy zapalonym łuczywie utwory Platona. Między innymi w jednym z nich była mowa o tym mieście a poczciwy stary Drakcjusz- jeden z okolicznych pasterzy- często opowiadał jej pełne pięknych opisów dzieje Atlantydy. Miało być ono piękniejsze od greckich Aten, miejsce gdzie zamieszkiwał Posejdon wraz ze swoimi poddanymi.
Jednak według wielu była to historia, nie zawierająca w sobie choćby ziarna prawdy. Kasandrze także nie chciało się wierzyć, że Posejdon chciałby zatopić jakieś miasto. Owszem, bogowie często mieli dziwaczne kaprysy, ale gdyby chciał, mógłby zatopić np. Ateny, najsłynniejsze miasto jej świata! Poza tym nigdy na oczy nie widziała żadnego mieszkańca tych ziem, więc uważała tą historię za brednię.
A teraz (o ironio!) stała przed nią żywa atlantydzka dziewczyna! To na pewno jej się nie śniło.
Starając się zachować resztki godności, Kasandra ostrożnie podeszła do Delahn, byle jej nie spłoszyć i wyciągnęła do niej rękę.
- Kasandra Selancja z rodu Kasiuszów, przyszła strażniczka Artemidy, pani lasów i wszelakiej natury. To zaszczyt móc poznać kogoś takiego jak ty.
- Te formalności możemy zostawić.- obydwie uścisnęły sobie ręce i skłoniły głowy na znak szacunku.- Bardzo miło mi poznać, Kasandro.
Mimo to Kasandra wbrew sobie wrzasnęła i rozłożyła ręce, aby stawić jakiś opór, choć doskonale wiedziała, że jest to działanie bezcelowe. Nie mogła się skulić- w ten sposób tylko szybciej uderzyłaby o ziemię. Czy cokolwiek co znajduje się na samym dnie tej dziury.
Kiedy już myślała, że to się nigdy nie skończy poczuła jak coś dosłownie wsysa jej ciało i wyrzuca... na łąkę. Nim zdążyła zareagować, uderzyła całym swoim ciężarem w nasączoną wodą trawę i jęknęła z bólu. Nie złożyła jeszcze wszystkich ślubów, więc jej ciało nadal reagowało na najzwyklejszy ból, który dla Artemidy był porównywalny z ukąszeniem biedronki.
Gdzie ja jestem? Gdzie moja wioska? Te pytania (a także wiele innych) kotłowały się w głowie, obijały niczym chmara szarańczy, sprawiały niemalże fizyczny ból. Zwinęła się w kłębek, aby jakoś nie myśleć o bólu i zacisnęła powieki. I pomyśleć, że przed chwilą pojedynkowała się ze swoim... ekhm, narzeczonym? Chyba tak mogła go nazwać. Nie wiedziała co o tym wszystkim myśleć.
A ten dzień z pozoru wydawał się taki normalny. Jak zwykle wstała rano na poranną przebieżkę przez las, rosnący tuż obok jej wioski i potrenować strzelanie z łuku. To była dla niej codzienność- śluby miała złożyć dopiero za miesiąc, ale już od dawna przygotowywała się do swojej roli. Co prawda najpierw musiała udowodnić, że jest gotowa, aby dołączyć do swojej mentorki, ale nie chciała czekać. Zostanie wojowniczką było jej największym marzeniem... można powiedzieć od dzieciństwa. Między innymi dlatego musiała bezustannie trenować i dążyć do fizycznej doskonałości. Choć nie była zbyt wysoka to swój niski wzrost nadrabiała szybkością. Chciała wszystkim udowodnić, że jej mała postura to tylko iluzja a ona sama może być niezwyciężona.
Jednak (jak można było się domyślić) jej rodzice wobec niej mieli zupełnie inne plany. Kasandra Selancja z arystokratycznego rodu Kasiuszów od dzieciństwa była przeznaczona do małżeństwa i jej opiekunowie nie zgadzali się bynajmniej z jej własną wizją przyszłości. Uważali, że są to urojenia dojrzewającej kobiety i powinna sobie znaleźć męża, który będzie ją chronił. Choćby nie wiadomo jak mocno ich przekonywała, że sama potrafi o siebie zadbać oni i tak mówili swoje. Między innymi dlatego poświęcała całe dni na doskonaleniu umiejętności łowiectwa i siły fizycznej. Za każdym razem gdy poruszali ten temat, kończyło się to kłótnią, głośną na całą wioskę. Wolała unikać publicznego rozgłosu.
Jednak niestety pech się zdarzył, że właśnie tego dnia przez przypadek ustrzeliła jedną z kóz wybranka jej rodziców- Hernesa Waleriusza, który na widok dziewczyny zaczął się do niej zalecać (jak uważała) w niezwykle prostacki sposób. Poza tym szantażem chciał ją zmusić do zaręczyn- w zamian za przemilczenie sprawy miała zgodzić się na jego oświadczyny i porzucić swoje marzenia. Dlatego wyzwała go na pojedynek a stawką było zachowanie dziewictwa i dotrzymanie ślubów.
Jednak nie wiadomo czemu w samym środku walki, gdy już przystawiała swój miecz do jego gardła i miała obwieścić koniec pojedynku, jakby niewidzialna ręka poderwała ją z ziemi i zabrała w ten bezkresny wir. Nikt nie rzucił się jej na pomoc- wszyscy jedynie zaczęli klękać jak przed bóstwem i prosić o litość.
A co biedna Kasandra mogła zrobić? Chwytając się rozpaczliwie wszystkiego co udało jej się złapać po drodze, gorliwie prosiła o wybaczenie czy jakąkolwiek pomoc. Wpierw myślała, że to Zeus postanowił ją ukarać za (być może) zuchwalstwo wobec mężczyzny. Jednak czy ten wir mógł być dziełem jakiegokolwiek znanego jej boga? Bardzo w to wątpiła, bo w końcu gdyby któryś z nich chciał ją ukarać to już dawno byłaby nad rzeką Styks a to bynajmniej miejsce nie przypominało Hadesu. Jeśli tak wyglądałoby królestwo umarłych to o stokroć wolałaby je od zatęchłego pałacu Hernesa. Byle nie wpaść w łapy tego obrzydliwego mężczyzny.
Ale skoro nie była już w swojej wiosce czy nawet w jej pobliżu to gdzie? Z lekkim wahaniem powoli otworzyła jedną powiekę a zaraz potem kolejną tak, aby obraz nabrał ostrości. Przez chwilę wszystko widziała jakby za mgłą, jednak gdy odzyskała ostrość widzenia nie wiedziała co było lepsze.
Bo miejsce to miało według niej pewien specyficzny urok. Nie przypominało ono żadnej z polanek, leżących przy wiosce a drzewa rosnące wokół naturalnego placyku nie przywodziły na myśl jakiegokolwiek znanego jej gatunku roślin. Wszystko tutaj było inne, tak odmienne. Słońce wisiało wyżej na niebie niż zwykle, oblewając okolicę złotym blaskiem, pobudzającym ukryte w pączkach kwiaty, wyciągające się ku słońcu. Powietrze nie było przesycone zapachem morza tylko słodką wonią żywicy przez co w jej głowie rozdzwonił się czerwony alarm. Skoro nie była blisko morza to nie mogła być jej mała spartańska wioska. O nie, była w zupełnie innym miejscu. To napawało ją jeszcze większym przerażeniem niż ta ,,wędrówka'' choć nie chciała po sobie tego pokazywać.
Starając się ukryć tłumiące się w niej uczucia, odsunęła swoje ognistoczerwone loki na bok i wstała, uprzednio poprawiając swoją męską tunikę (na walkę przecież nie mogła założyć chitonu), aby rozejrzeć się po okolicy. Pierwsze czego nauczyła się przez ten czas próby u Artemidy to szybkie rozeznanie w terenie, które niejednokrotnie może uratować ci życie. Co prawda w takich miejscach powinna czuć się jak w domu, ale jakoś nie mogła się tutaj odnaleźć. To był zupełnie inny świat. A stojący na przeciwko niej mężczyzna tylko utwierdził ją w przekonaniu, że jest tu coś nie tak.
Jednak może nie tyle zgarbiona postura człowieka i dziwne, opierające się na jego nosie... kawałki drewna ją zszokowały, co jego ubiór. Nie był to żaden ze znanych jej rodzajów męskich szat. W ogóle człowiek stojący niedaleko niej nie przypominał żadnego greckiego mężczyzny. Zamiast przystrzyżonej brody, jego szczeciny nie pokrywał żaden zarost; białe włosy sterczały we wszystkie strony jakby poraził go piorun z nieba a bladozielone oczy wyrażały tak głębokie zmęczenie, że aż się odsunęła. Wszyscy znani jej faceci byli pewni siebie, odważni i nie przypominali szkarad. Z kolei on był... inny, zmęczony swoją egzystencją. Nie dumny czy wyniosły, ale spokojny i cichy. Coś tutaj musiało być naprawdę nie tak a ból tylko potwierdzał, że to nie były żadne zwidy a rzeczywistość.
- Kim jesteś?- spytała, zachowując skuloną pozycję. Choć facet nie wyglądał na silnego to jednak zawsze wolała być gotowa do ataku. Ot na wszelki wypadek.
- Witaj w przyszłości.- odpowiedział z zagadkowym uśmieszkiem na twarzy.
- Na Zeusa, jakiej znowu przyszłości? Gdzie ja jestem? Co tutaj robię?
W odpowiedzi jedynie wskazał ręką na stojącą za nim... bramę? Albo przynajmniej coś co ją przypominało. Kasandra nigdy nie widziała tak misternych i odmiennych wzorów, choć po dłuższym czasie rozpoznała parę liter ze swojego języka. Mimowolnie przejechała palcem po rozświetlonej gammie.
- Co to jest?
- Portal. To przez niego się tutaj znalazłaś. Jak się nazywasz?
- Kasandra Selancja, przyszła strażniczka królowej lasów i wszelakiej natury, Artemidy.- na znak pokory skłoniła delikatnie głowę i ukłoniła się z gracją. Może i nie była w Sparcie, ale rodzice nauczyli ją szacunku do osób starszych.- A pan?
- Jestem profesor Fred Robinson. Witaj w XXI wieku a dokładniej w Las Vegas w Ameryce.
Przez chwilę Kasandra patrzyła się na mężczyznę jak na szaleńca. Czyżby był tak stary, że plótł takie bzdury?
- Przepraszam, ale pan się myli. Jest rok 483 rok przed naszą erą! I nie ma żadnej Ameryki ani Las Vegas! Nawet ja, kobieta to wiem! W co pan chce mnie wciągnąć?
- Nie wierzysz mi?- staruszek uśmiechnął się dobrodusznie i pokazał ręką otaczającą ich okolicę.- Jesteś Spartanką, ale to miejsce wcale nie przypomina twojej ojczyzny, czyż nie? Nie słychać morza, kołyszącego się w oddali, kompletnie inny klimat. Jeżeli nadal nie wierzysz to wsłuchaj się w mój głos. Ja się posługuję na co dzień zupełnie innym językiem, ale przez wieki uczyłem się greki, aby móc się z tobą porozumieć. Język starogrecki nie jest używany już od wieków. Rozumiesz co mówię?
Jedyne na co się zdobyła dziewczyna to na pokiwanie głową. Czuła jak na jej ramieniu pojawia się gęsia skórka. We wszystkim ten facet miał rację. Jego akcent nie był taki jak jej czy chociażby podobny a to miejsce nie przypominało żadne z miejsc, które znała. Gdy była mała wraz z ojcem przemierzyła niemalże całą Spartę i zawsze te wszystkie miejsca miały cechy wspólne, specyficzną atmosferę po której od razu mogła poznać, że jest w domu a tutaj bynajmniej się tak nie czuła.
Poza tym to w pewien sposób wyjaśniało całe to zdarzenie. Logika nie istniała w jej świecie, w końcu wierzyła w wielu bogów i to, że potrafią przybierać różne postaci. Taka sztuczka w ich wykonaniu nie byłaby dla niej wielkim szokiem.
Jednak stojący obok niej człowiek na pewno nie był bogiem. Był zwykłym człowiekiem, który w jakiś sposób otworzył bramy czasu... Ale nie. On nie mógł być zwykły. Żadna zwyczajna istota nie mogłaby dokonać czegoś takiego. Wiedziała, że wszyscy ludzie mają w sobie jakiś pierwiastek twórczy, ale nikt poza bogami nie potrafił tworzyć czegoś z niczego! Niby wszystko łączyło się w spójną całość, ale czuła że brakuje jej jeszcze jakiegoś elementu układanki. Ale czego?
Pan Robinson widocznie domyślił się nad czym tak się zastanawia, bo wyjął ze swojej kiszeni dłoń i odwrócił ją wierzchem w stronę Kasandry. Na początku nie wiedziała o co mu chodzi, dopóki nie dostrzegła co się znajduje na jego dłoni oraz paru innych detali.
Jeszcze nigdy nie widziała tak dziwacznego znaku. Przypominał kształtem rozwinięty kwiat lilii, jednak zamiast płatków po skórze starca biegły dziwaczne linie, skręcające się w spirale, tworzące jakiś wyraz w nieznanym jej języku. Poza tym dopiero teraz dostrzegła, że jego uszy są nieco zbyt spiczaste a odcień jego skóry miał niecodzienny mleczny kolor, jakby ktoś wykąpał go w białej farbie. Cały ten wygląd jak i zaistniała sytuacja tylko utwierdziły Kasandrę w przekonaniu, że coś z nim jest nie tak.
- Kim... kim pan jest?- spytała. Pierwszy raz od wielu lat lekko zadrżał jej głos.
- Na pewno nic ci nie mówi słowo ,,czarownik''.- poklepał Spartankę po ramieniu i wyciągnął przed siebie rękę. Nie wiedziała na co patrzeć dopóki z palców mężczyzny wystrzeliły kolorowe iskry, mieniące się w blasku słońca. Kasandra z trudem powstrzymała się od jakiegokolwiek ruchu.- Widzisz, ja żyję już tysiące lat i mam pewien cel. My czarownicy posługują się magią. Można nas uznać za herosów, gdyż w zasadzie jesteśmy potomstwem nie tyle Boga co...- zawiesił głos- innej istoty i człowieka. Wytłumaczę ci to w miedzy czasie, najpierw musimy odnaleźć twoi nowych znajomych.
- To sprowadziłeś nas więcej?- jej głos podniósł się o oktawę.
Robinson spojrzał na nią niemalże z litością.
- Bystrością nie grzeszysz. Myślisz, że ten portal nadal by działał, gdybym tylko ciebie potrzebował? W każdym razie niestety nie do końca stało się tak, jakbym sobie tego życzył. Reszta jest rozsiana gdzieś po okolicy i muszę was odnaleźć. Ale patrz, jedna zguba się znalazła!- zakrzyknął na widok kolejnej postaci, wyłaniającej się zza gęstwiny drzew.
Kasandra automatycznie zacisnęła pięść na sztylecie, schowanym w małej sakiewce, aby przygotować się do ataku (w razie potrzeby) jednak widok zbliżającej się istoty ją rozbroił.
Jednego była pewna: ta osoba nie należała do jej pobratymców. Na widok dziewczyny musiała przyznać, że nigdy nie widziała tak dziwnej osóbki i z jakiegoś powodu jej widok ją śmieszył. Na oko była młodsza od Kasandry i mniej więcej tego samego wzrostu co Spartanka, lecz wzrost nadrabiała swoją dostojną pozą jak i nieco dziwacznym wyglądem. Krótkie, kruczoczarne włosy były ,,ozdobione'' jednym białym pasemkiem z tyłu głowy, obecnie wetkniętym za ucho. Na policzku dziewczyny widniała okropna rozszarpana blizna, szpecąca twarz o niemal dziecięcej urodzie a w zadarty nosek miała wetknięte dwa okrągłe kolczyki, przywodzące na myśl coś egzotycznego. Jednak najbardziej z tego wszystkiego dziwił ją nie tyle jej swobodny strój (w porównaniu do niej, ubranie Kasandry wydawało się przypominać jej szmatkę do wycierania podłóg) co wielkie, szare oczy, które dominowały na jej twarzy i sprawiały wrażenie jakby cały czas wpatrywały się w ciebie błagalnie, jakby cały czas o coś prosiły. Cała jej postać była dla Kasandry dziwną rzeczą. Choć zapewne nie było to odczucie jednostronne.
Kasandra z pewną dozą fascynacji przyglądała się jak postać z wahaniem podchodzi do niej i Robinsona, patrząc im cały czas w oczy. Spartanka z trudem powstrzymała uśmiech. Coś czuła, że polubi tą dziewczynę.
- Witaj, moja droga.- pan Robinson ukłonił się jak przystało na dżentelmena i z nieskrywaną ciekawością przyjrzał się dziewczynie.- Jak się nazywasz? Skąd jesteś?
- Jestem Delahn. Pochodzę z Atlantydy a wy?- powiedziała, podejrzliwie przyglądając się Kasandrze. Spartanka także niezbyt dobrze czuła się w jej obecności, ale starała się zachować spokój.
Jednak po tym co powiedziała, przestała nad sobą panować. Patrzyła na dziewczynę jak na obcą istotę. Co prawda ona też nie była zwykłą dziewczyną tylko jedną z wojowniczek mitycznej bogini Artemidy, ale Atlantyda to była legenda! Wierzyła w istnienie bogów, ale nie tego mitycznego miasta.
Kiedy była mała, jej ojciec często czytał na głos przy zapalonym łuczywie utwory Platona. Między innymi w jednym z nich była mowa o tym mieście a poczciwy stary Drakcjusz- jeden z okolicznych pasterzy- często opowiadał jej pełne pięknych opisów dzieje Atlantydy. Miało być ono piękniejsze od greckich Aten, miejsce gdzie zamieszkiwał Posejdon wraz ze swoimi poddanymi.
Jednak według wielu była to historia, nie zawierająca w sobie choćby ziarna prawdy. Kasandrze także nie chciało się wierzyć, że Posejdon chciałby zatopić jakieś miasto. Owszem, bogowie często mieli dziwaczne kaprysy, ale gdyby chciał, mógłby zatopić np. Ateny, najsłynniejsze miasto jej świata! Poza tym nigdy na oczy nie widziała żadnego mieszkańca tych ziem, więc uważała tą historię za brednię.
A teraz (o ironio!) stała przed nią żywa atlantydzka dziewczyna! To na pewno jej się nie śniło.
Starając się zachować resztki godności, Kasandra ostrożnie podeszła do Delahn, byle jej nie spłoszyć i wyciągnęła do niej rękę.
- Kasandra Selancja z rodu Kasiuszów, przyszła strażniczka Artemidy, pani lasów i wszelakiej natury. To zaszczyt móc poznać kogoś takiego jak ty.
- Te formalności możemy zostawić.- obydwie uścisnęły sobie ręce i skłoniły głowy na znak szacunku.- Bardzo miło mi poznać, Kasandro.