sobota, 11 kwietnia 2015

Rozdział II

Zapowiadał się całkiem przyjemny dzień w mieście, o którym wszyscy już dawno zapomnieli. Niska, drobna dziewczyna o śniadej cerze z burzą czarnych, krótkich włosów na głowie, okalanych pojedynczym, białym pasemkiem szła przez szerokie uliczki, kierując się w stronę wielkiego wodospadu. Jej twarz o niemal dziecięcej urodzie ozdabiał uśmiech, a jej wielkie szare oczy błyszczały się szczęśliwie ze względu na obcowanie z przyrodą. Dotarła na skraj lasu, gdzie podążyła cienkimi ścieżynkami na sam szczyt wodospadu. Idąc przez tą piękną, małą krainę, pełną zwierząt i roślin, podziwiała naturę. Listki potężnych drzew powiewały na wietrze, przez szpary w leśnym poszyciu wyglądało światło wielkiego kryształu zawieszonego u sklepienia przeogromnej jaskini, a po miękkiej trawie przemykały małe, urocze stworzonka o długich ogonkach i stojących uszach. Docierając do wodospadu dało się posłyszeć szum wielkiej wody, który echem pobrzmiewał pośród drzew. Dziewczyna weszła na wysoką skałę, której czubek wisiał wprost nad urwiskiem, z którego wypływało źródło. Stanęła na jej końcu, rozpięła długą, ozdobną, błękitną szatę, ozdobioną wzorem herbu królewskiego zrobionego z małych kamieni szlachetnych i odetchnęła głęboko. Z tego miejsca mogła podziwiać w pełnej okazałości piękną Atlantydę. Tak, to właśnie było to zaginione miasto. Aż po horyzont rozciągała się bezkresna powierzchnia krystalicznie czystego morza. Na środku groty widniało kamienne podwyższenie zajmujące mniej więcej dwie trzecie obszaru. Było to miasto, którego dźwięki przynosił aż tutaj rześki wiatr. Delahn słyszała śmiech dzieci, zamieszanie panujące na targu, a także ciche pokrzykiwania poławiaczy ryb. Spojrzała jeszcze na wielki, niebieski kryształ, wiszący wysoko nad miastem, unoszący się tuż pod sklepieniem wielkiej groty, dzięki przodkom, który utrzymywał całą atlantydzką społeczność przy życiu. Wciągnęła jeszcze raz świeże, górskie powietrze, poprawiła fioletowo - czarną przepaskę na biodrach i ... skoczyła. Wyciągnęła ręce przed siebie i czując wolność i wielkie szczęście zakrzyknęła głośno, dając płucom miejsce na nową porcję orzeźwiającego powietrza. Takie spadanie napełniało ją spokojem i radością. Był to cotygodniowy obrzęd podczas, którego się oczyszczała i przygotowywała na wszelkie trudności nadchodzącego tygodnia.
   Wpadając do wody wywołała wielki plusk, ochlapując piorące na brzegu kobiety. Gdy się wynurzyła, spostrzegła wyraz dezaprobaty na ich twarzach, który chwilę później zastąpił przyjazny uśmiech. Podpłynęła do brzegu i wyszła na miękki, ciepły piasek, który przesypywał się pomiędzy palcami na każdym kroku. Pozdrowiła praczki i pobiegła do swojego domu, śmiejąc się beztrosko. Teraz czekał ją trening z mistrzem Ashakiro. Nie chcąc się spóźnić, weszła do domu i odrazu pognała do zbrojowni, po drodze witając się z bratem. Otworzyła wielkie, kamienne wrota i przecisnęła się przez szparę między nimi, wstępując do wielkiego pomieszczenia obwieszonego różnymi rodzajami broni. Było tam wszystko co można sobie wymarzyć. Od małych noży do rzucania, przez długie kordelasy, aż po wielkie topory i maczety. Była tam także broń dystansowa, jak łuki, kusze, kule z łańcuchami i dmuchawki na trujące strzałki. Atlantydzi nie prowadzili wojen, bo niby z kim? Zawsze jednak starali się być przygotowani na wszelką ewentualność. Byli miłym, rodzinnym i przezornym ludem. Już raz spotkał ich kataklizm. Nie chcieli dopuścić do tego znowu. Delahn uważała, że sztuki walki to dla niej tylko hobby, ale gdyby ktoś ją spytał, czuła się zobowiązana poświęcić za swój lud. Wkońcu należała do rodziny królewskiej - jej ojciec był bratem obecnego władcy. Szybko podbiegła do swojej ulubionej ściany, całej obwieszonej siekierami i toporkami różnego rodzaju. Wybrała średni topór o jednym długim, lśniącym ostrzu z rękojeścią ozdobioną wyżłobionymi obrazkami, przedstawiającymi historię Atlantydy. To była jej ukochana broń, nawet zawiesiła na niej naszyjnik swojego brata, żeby zawsze o nim pamiętać. W jej 17 urodziny miała dostać jeszcze po połowie naszyjników swojego ojca i matki. Drugie połówki dostał jej starszy brat. Przypomniała sobie, że miała się pospieszyć, więc szybko złapała kilka shuriken'ów do kieszeni i wypadła z domu, sprintem kierując się na arenę. Jej płaszcz łopotał na wietrze, kiedy gnała uliczkami pod pałac. Wbiegając na arenę, prawie zderzyła się z jakimś początkującym, przeprosiła w pośpiechu i wyminęła go kierując się do swojego mistrza.
   Zbliżając się do Ashakiro zauważyła, że jego zazwyczaj pomarszczoną twarz przecina kilka dodatkowych bruzd. Wąskie usta miał zaciśnięte, a jego czarne oczy wpatrywały się w jakiś punkt za nią. Odwróciła się i zrozumiała czemu przygląda się jej trener. Na arenę wchodził wysoki, dobrze zbudowany chłopak, dwa lata starszy od niej. Miał bujne, kasztanowe włosy przystrzyżone za prawym uchem i zielone oczy, w których migotała złośliwa iskierka. Zbliżał się do nich, pozdrowił jej mistrza i lekko skłonił głowę w jej kierunku. Okazało się, że jest jej dzisiejszym przeciwnikiem. Już się cieszyła na to starcie. Ashakiro kazał obojgu stanąć po przeciwległych stronach areny i wyjąć swoją broń. Delahn z przyjemnością sięgnęła do pochwy i wyjęła swój topór. Chłopak zadowolił się zwykłym mieczem. Rozpoczęli walkę.
   Dziewczyna gładko posługiwała się bronią, jej ruchy były płynne i starannie wymierzone, jej przeciwnik zaś nacierał ze zwierzęcą gwałtownością, celując gdzie popadnie, byleby trafić. Ashakiro wykrzyknął jakąś uwagę, ale ona nie usłyszała, gdyż pochłonął ją wir walki. Nagle usłyszała głośny grzmot, odwróciła głowę, żeby się rozejrzeć co go spowodowało i ten moment nieuwagi wykorzystał jej przeciwnik. Gładkim cięciem przeorał jej policzek czubkiem ostrza. Z rany zaczęła lecieć krew. Delahn czuła się upokorzona. Schowała broń i odmówiła dalszego treningu na ten dzień. Z cały czas krwawiącym policzkiem pobiegła do domu. Po drodze umoczyła rękaw szaty w strumyku i przyłożyła mokry i zimny materiał do bruzdy, żeby trochę przytępić ból i przede wszystkim zatamować krwawienie. Stojąc u podnóża schodów znów usłyszała grzmot. Tylko skąd? Przecież w Atlantydzie nie ma burz, ani deszczu... myślała. Chwyciła za klamkę i w tym momencie pochłonął ją wielki, srebrny wir i wciągnął ją w ciemność wypełnioną świstem i szumem.
   W pierwszym odruchu krzyknęła z zaskoczenia, ale po chwili zrozumiała, że (jak narazie) nie ma się czego bać. ''Leciała'' w ciemności, która rozświetlana była krótkimi, delikatnymi rozbłyskami, które zdawały się krążyć wokół niej. Panowała tu wszechogarniająca cisza, dziewczyna nie słyszała nawet swojego oddechu. Moment później powietrze jakby zaczęło gęstnieć, a cisza przeobraziła się w szum, który z każdą chwilą narastał, aż zamienił się w nieznośny pisk. Szarpnęło nią kilka razy, a później tunel wypluł ją na leśną ściółkę. Chwilę leżała wykończona, dziwiąc się, że taka podróż może być tak męcząca. Wstając otrzepała ubranie i zawiązała szatę, sprawdzając czy nadal ma przy sobie broń. Uffff... Na szczęście, co ja bym bez niej zrobiła? powiedziała w myślach, poklepując się po kieszeni nadal pełnej shuriken'ów. Rozejrzała się dookoła i stwierdziła, że to już nie jest jej las. Podłoża nie wyściełała miękka trawa, tylko igły i liście, a drzewa były niskie i mizerne. Nie było także jej ulubionych zwierzątek hasających pośród krzaków. To wszystko było jakieś dziwne, nie mogła sobie tego poukładać w głowie. Nie dowiem się co tu jest nie tak, jeśli będę stać w miejscu pomyślała i ruszyła przed siebie, uważając, żeby nie pokłuć bosych stóp. Szła przez polankę, gdy usłyszała cichy szelest w krzakach. Odwróciła gwałtownie głowę w stronę dźwięku, zatrzymała się i nasłuchiwała. Jej wzrok i słuch się wyostrzył, ruchy stały się bardziej płynne i ciche, gdy podążała za szelestem. Doszła do wysokich i gęstych krzaków, przez które nie mogła nic zobaczyć. Postawiła kolejny krok i nadepnęła na coś. Podniosła szybko stopę i schwytała leżący na ziemi przedmiot. Były to naszyjniki. Dwa krótkie rzemyki ozdobione wygrawerowanymi kawałkami kostek zwierzęcych. Znała te wisiorki. Należały do jej brata, a kiedyś do rodziców. Takie same miała dostać za 4 tygodnie. Jeśli to tutaj jest, to znaczy, że Nathan też gdzieś tu jest! Już się bałam, że będę sama... pomyślała podekscytowana i wstała szybko, szeleszcząc szatą i brzecząc shuriken'ami. Związała sznurki ze sobą i obwiązała je sobie wokół kostki, żeby ich nie zgubić. Znowu usłyszała ten dźwięk, tylko, że teraz dochodził z bliska. Odwróciła się i spostrzegła przed sobą wielką, brązową masę, kudłatego futra. Nie byłoby tak źle, gdyby ta masa się nie poruszała. Było jednak zupełnie przeciwnie. Futro wydało jakby udręczony jęk i zaczęło się podnosić. Delahn już zrozumiała, że ma do czynienia z jakimś ogromnym (prawdopodobnie też niebezpiecznym) stworzeniem. Stała nieruchomo, próbując rozpoznać zwierze. W tymczasie mostrum odwróciło się do niej i spoglądało na nią jak na swoją nastepną ofiarę. Miało małe, czarne oczka i długie, ostre zęby, a na głowie sterczące uszy, które nasłuchiwały wszelkiego hałasu, lub odgłosów ucieczki. Dziewczyna sięgnęła pod poły płaszcza, żeby dobyć broni, lecz zwierzę było szybsze i rzuciło się na nią z dzikim rykiem. Odskoczyła, ledwo unikając ostrych jak brzytwy pazurów i siegnęła do boku. Niestety atakując, zwierze wytrąciło jej z dłoni topór, który leżał teraz pod jego nogami. Muszę go stamtąd jakoś odciągnąć... Wiem! pomyślała i rzuciła się w stronę najbliższego drzewa. Zwinnie wdrapała się na gałąź i patrzyła jak potwornie wielkie cielsko rusza za nią w pościg. Zaczęła przebiegać po gałęziach szukając drzewa, na które drapieżnik mógłby się wspiąć (jeśli oczywiście umiał, ponieważ powiedzmy sobie szczerze, jej plan bazował tylko na domysłach). Znalazła wystarczająco grube drzewo i zaczęła rzucać w zwierzę szyszkami. Wściekłe stworzenie natychmiast wydało przeźliwy ryk i pognało w jej stronę. Stojąc pod drzewem, patrzyło w górę i bezradnie drapało korę wielkimi łapskami. Delahn była już przekonana, że jej plan nie wypali, więc naprędce wymyśliła drugi, który był o wiele bardziej niebezpieczny.
Zeskoczyła z drzewa ześlizgując się po pniu i wylądowała na plecach potwora. Jego sierść była szorstka i twarda, ale na tyle długa, że miała się czego trzymać. Potwór odrazu zaczął się szarpać i próbował sięgnąć zębami do jej nóg. Dziewczyna naparła na zwierzę całym ciałem, złapała mocno za szczecinę i zaczęła prowadzić biegnącego stwora w kierunku swojego toporu. Bestia cały czas próbowała zrzucić dziewczynę, ale na próżno. Zbliżając się do krzaków, gdzie upuściła broń, Delahn pochyliła się i wyciągnęła rękę, żeby ją pochwycić. Ten moment wykorzystał drapieżnik i złapał ją za rękę i pociągnął w dół. Dziewczyna spadła i przekoziołkowała kilka metrów dalej, a zwierzę pobiegło prosto, chwilę później, jednak zawracając. Nie tracąc czasu podbiegła do toporu i uniosła go w pozycji przygtowanej do ataku. Potwór biegł na nią z rozdziawioną paszczą, ukazując wielkie, ostre jak brzytwy zębiska i rozszalałe ślepia. Dziewczyna zrobiła jeden ruch rękoma i głowa zwierzęcia odpadła od jego wielkiego cielska, jeszcze w biegu. Delahn, jako, że kochała naturę, z ciężkim sercem przyglądała się swojemu dziełu. Podeszła do niego i cicho przeprosiła, podsuwając łeb do ciała, żeby nie wyglądało tak masakrycznie. Następnie wytarła broń o brzeg szaty i podążyła lasem szukając czegoś. Sama nie wiedziała co to ma być, ale gdzieś w środku wiedziała, gdzie dokładnie ma się kierować.
   Po krótkim spacerku przez leśne ścieżki dotarła na dużą polanę. Była ona jednak dość osobliwa. Nie było na niej żadnych roślin, nawet trawa nie rosła, a zastępowały ją jakieś wzory, których nie rozumiała. Na środku placu stał wielki totem, podobny trochę do tych, które stały na niektórych placach Atlantydy. Wyryte na nim widniały przeróżne sentencje w różnych językach. Większość z nich Delahn znała, ze względu na to, że Atlantydzi mówią pradawnym dialektem i uczą się wielu języków. Spostrzegła także kilka słów w swoim języku. Gdy tak zza krzaków podziwiała obelisk usłyszała jakieś głosy. Rozejrzała się bacznie i zauważyła, że po drugiej stronie polanki stoją jakieś dwie osoby i prowadzą dość niezręczną rozmowę, jak się wydawało. Obserwowała ich przez pewien czas, a gdy stwierdziła, że nie ma z ich strony zagrożenia, wyszła z ukrycia i ruszyła w ich kierunku z uśmiechem na twarzy wpatrując im się w oczy, okazując pewną wyższość i pewność siebie. Podchodząc do nich czuła na sobie zaciekawione spojrzenia. Sama też z ciekawością obserwowała nowe twarze. Pierwsze co jej się rzuciło w oczy to krwistoczerwone włosy drobnej, piegowatej dziewczyny, która stała obok przygarbionego starca, który wpatrywał się w nie z zachwytem i dumą. Po krótkiej wymianie zdań dowiedziała się, że starzec ( Fred Robinson) zbudował obelisk i przez długi czas poszukiwał wszystkich potrzebnych symboli, umieszczając je jeden po drugim w celu uaktywnienia portalu. On ściągnął tu ją i Kasandrę, a teraz one muszą odnaleźć resztę. wyruszyli więc w drogę i wkroczyli znowu do lasu. Dziewczyny szły przodem, a stary naukowiec za nimi mamrocząc coś po cichu. Mijali drzewa i krzewy, ale nikogo nie mogli znaleźć. Delahn wdrapała się na drzewo i przebiegała po gałęziach, podczas gdy Kasandra z Fred'em patrolowali na dole. Wtem usłyszała jakieś odległe głosy. Zagwizdała cicho i wskazała, żeby ci na dole poszli za nią. Szła po gałęziach zwinnie stawiając nogę za nogą. Pochylała się próbując utrzymać równowagę i jednocześnie nasłuchując głosy. Wreszcie zobaczyła w oddali jakieś postacie. Było ich około czterech. Jedna z nich wyglądała znajomo. W miarę jak się zbliżali, dostrzegali więcej szczegółów. Teraz Delahn była już pewna, że tych osób jest pięć i rozpoznawała jedną z nich. Były tam cztery dziewczyny i jeden chłopak - wszyscy z różnych epok o zupełnie odmiennym wyglądzie. Znajdując się prosto nad grupką, dziewczyna zeskoczyła i wylądowała zgrabnie na ściółce. Otrzepała szatę i wyprostowała się, odkręcając się twarzą do zebranych. Widziała zdziwienie i jednocześnie ulgę na twarzy chłopaka. Jednak jej twarz pozostała niewzruszona gdy mówiła z udawaną pretensją:
- Nathanusie Haleth Ellayan'ie co ty tutaj wyrabiasz?